Jeśli towarzysze z GRU i KGB, którzy w 1987 wymyślili, by ściągnąć do Moskwy pewnego nowojorskiego hotelarza półgłówka jeszcze żyją, to Putin powinien co niedziela osobiście przywozić im na daczę bagażnik koniaku i kawioru.
Gdyby ktoś wtedy powiedział, że amerykański prezydent będzie:
- groził inwazją członkom NATO
- zmuszał je cłami do uległości
- mówił, że NATO to wewnętrzny wróg
- bez przymusu dawał Rosji strefę wpływów wedle jej uznania
- prowadził wojnę handlową z sojusznikami i ciągle ustępował wrogom
- wykluczał USA z dziesiątek organizacji, pozbawiając się "soft powers"
- tworzył równoległe do ONZ gremium decyzyjne, z Putinem i Łukaszenką na pokładzie
A to wszystko tylko w ostatnie dwa tygodnie...
Gdyby ktoś wtedy na Łubiance czy w Instytucie Czerwonego Sztandaru im. Jurija Andropowa stwierdził, że tak właśnie będzie robił amerykański prezydent, to nawet najbardziej ambitni, śmiali i wizjonerscy spece od zarządzania refleksyjnego powiedzieliby: towarzyszu, pierd...icie, wszak są jakieś granice.
Tymczasem mija 39 lat i właśnie ten sam półgłówek, który wtedy pojechał do Moskwy i akurat po powrocie stamtąd po raz pierwszy zaangażował się politycznie, od razu głosząc potrzebę radykalnej rewizji amerykańskich sojuszy, no więc właśnie on realizuje teraz wszystkie mokre sny Kremla o policentryzacji świata.
A uwieszone na jego ogonie trumpolactwo bije brawo, bezmyślnie powtarza najgłupsze spiny o Grenlandii, które przecież za jakiś czas mogą być spinami o nas.
Source: https://www.facebook.com/PutinowaPolska







Komentarze
Pokaż komentarze (3)