Wydawnictwo Nowy Świat Wydawnictwo Nowy Świat
691
BLOG

Teufel - Gdańsk, sierpień 1939

Wydawnictwo Nowy Świat Wydawnictwo Nowy Świat Kultura Obserwuj notkę 5
Zachęceni dużym zainteresowaniem, jakim cieszyła się publikacja w odcinkach książki "Nie chodziło o okup", prezentujemy dziś Państwu nową powieść, która właśnie ukazuje się nakładem naszego wydawnictwa.
 
Gdańsk w ostatnich dniach sierpnia 1939. Przy molo w Glettkau (Jelitkowo) zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Przybyła na miejsce asystentka policji Lotte Meier rozpoznaje swoją byłą pracodaw­czynię, Mariannę Walewicz – Polkę pochodzącą z zamożnej, gdańskiej rodziny antykwariuszy. Sprawę topielicy z Glettkau rozpoczyna odchodzący właśnie na emeryturę komisarz Franz Thiedtke, jednak zostaje mu ona niemal natychmiast odebrana. Lotte pod wpływem przeczuć prosi komisarza, by sprawdził jej wątpliwości i niejasności. Komisarz odkrywa, że zwłoki z molo w Glettkau to ciało zupełnie innej osoby...
 
Książkę poleca Stefan Chwin: Jeśli ktoś chce wejść do dawnego Gdańska, niech sięgnie po tę książkę. Wyczucie miejsca ma Autorka znakomite. Ma też sprawne pióro i umie opowiadać, łącząc sentyment do miejsca z tajemniczą fabułą sensacyjną, w której diabeł kręci wszystkim. Pani Żukowska prawdziwie kocha dawny Gdańsk, a przy tym w swojej powieści prowadzi literacką grę z innymi pisarzami, bo wśród bohaterów jej szpiegowskiej historii z czasów Wolnego Miasta pojawiają się na mgnienie Oskar i Hanemann, przypominając, że pisanie jest także dialogiem z innym pisaniem.
 
A oto pierwsza część:
 

 
Izabela Żukowska "Teufel"
 
Rozdział 1.
 
 
Wiedział, że ta historia była tylko zmyśleniem, legendą, którą babka Geszkau zszyła ze skrawków rozmów przekupek na targu, z szeptów odbijających się zwielokrotnionym echem od surowych murów katedry, z opowieści piastunek pochylonych nad spowitymi w koronkowe falbanki noworodkami o pulchnych, różowych buziach, które usypiały ukołysane szelestem wykrochmalonych sukien unoszącym się ponad alejkami Schlossgarten. Zszyła je tak, jak zszywała kawałki starych prześcieradeł, których postrzępione końce oddzielone od reszty własnego bieliźnianego jestestwa suchym szczęknięciem metalowych nożyc z kościaną rączką opadały z cichym westchnieniem na wyglansowaną podłogę, by potem w zupełnie nowej roli zadebiutować w pachnącej pastą do mebli szufladzie na ścierki. Babka Geszkau nigdy nie pozwoliła, by jej noga przestąpiła próg teatru, który całe swoje długie życie uważała za siedlisko niepohamowanej rozpusty, jednak sama przejawiała niewątpliwy talent aktorski, w młodości ograniczający się tylko do głośnych westchnień, wydymania bladych policzków i przewracania fiołkowymi oczami, bo babka Geszkau miała niezwykłe, słynne w całej Oliwie fiołkowe oczy, które nie straciły swego młodzieńczego blasku do późnej starości. Z czasem jednak ów talent rozwinęła, i on, jej mały Franzel, mógł oklaskiwać każdego wieczoru dramatyczne występy dawane na specjalne życzenie w zaciszu pokoju w wieżyczce domu przy Georgstrasse. 
 
– Było to w czasach, kiedy w naszej Oliwie nie było jeszcze domów z drewnianymi werandami ani brukowanych ulic, po których toczyły się konne tramwaje, nie było rynku, dworca kolei żelaznej ani tych wież strzelistych naszego kościoła, mój mały Franzel. – Babka zawsze zaczynała tak samo, zniżając głos i przygaszając płomień lampy naftowej przy jego łóżku. Wtedy on, czując strach przemieszany z ciekawością, bo przecież był tylko ciekawym świata dziesięciolatkiem, podciągał puchową kołdrę pod sam nos i wyruszał w ślad za babką do lasów, które w jej opowieści ciągnęły się aż po horyzont, choć tak naprawdę nie musiał wytężać wyobraźni, by je zobaczyć, bo wystarczyło unieść wzrok ponad gładko zaczesaną głowę babki Geszkau, aby ich ciemny zarys dojrzeć za oknem. – Pogański książę... – Tu babka, przymykając swe fiołkowe oczy czyniła ledwie dostrzegalny znak krzyża na piersi, a on, wysuwając spod kołdry koniuszki palców, powtarzał go po niej. – Pogański książę – powtarzała – do którego należały wzgórza i doliny, i wszystko to, co je porastało, wybrał się kiedyś ze swymi zaufanymi wojownikami na polowanie, a dostrzegłszy w leśnej głuszy jelenia, rzucił się za nim w pogoń. – Tu zaczynało się przedstawienie, w którym babka odzyskiwała młodzieńczy wigor, zrywała się na równe nogi, zapominając o dręczącym ją rzekomo artretyzmie, i odgrywała sceny, w których piękny książę, mimo iż nie dane mu było ponoć upolować zwierzęcia, trafił na dzika, a ten, zamiast uciekać przed jego książęcym majestatem, zaatakował go z zajadłością godną hiszpańskiego byka, wypuszczonego na arenę wśród wiwatującego tłumu. Kiedy był młodszy i nie wiedział, czym jest hiszpańska corrida, babka musiała robić pauzę i znikać za drzwiami, by po chwili ukazać się w nich z książką, w której zdolny, choć anonimowy malarz utrwalił egzotyczne, jak mu się wówczas wydawało, widowisko. Oglądali razem obrazki z dalekiej Hiszpanii, a potem babka wracała do przerwanej roli. – Książę wycelował w niego. – Tu zwykle wyrzucała do przodu ramię, jak czynili to szermierze w czasie walki, robiła wypad imitując pchnięcie i zawieszała głos na ułamek sekundy, który jemu wydawał się wtedy całą nieznośną wiecznością, po czym łapała się z dramatycznym westchnieniem za bok, w którym tkwiła wyimaginowana broń. – Ale włócznia – kontynuowała swoją opowieść – złamała się z głośnym trzaskiem, a grot utkwił w książęcym boku. Dzik uciekł, książę zaś zsunął się z konia przekonany, że oto przyszło mu rozstać się z życiem. – Babka osuwała się na fotel, jakby w istocie stoczyła przed chwilą wyczerpującą walkę z przeraźliwą bestią. – Zdołał jeszcze zadąć w róg i omdlał na trawie. – Tu nalewała wody z kryształowej karafki stojącej zawsze na mahoniowym stoliku pod oknem, po czym wracając do opowieści, zrezygnowana machała ręką pokrytą delikatną siecią drobnych żyłek ukrytych tuż pod suchą jak papier skórą. – Wojownicy nie usłyszeli dźwięku książęcego rogu, bo pogoń, w którą puścił się ich władca, zawiodła go w zbyt odległe miejsce, by dźwięk ten mógł być dla nich słyszalny. Ale – tu zawieszała głos, w który wkradała się radosna nuta nieoczekiwanej niespodzianki, a on przyjmował to zawsze z radością, choć przecież dobrze znał tę opowieść – nie był to kres książęcego życia. Oto pustelnik mieszkający w tutejszych lasach usłyszał dźwięk rogu w swym eremie, wiesz, co to erem, prawda? – Kiwał głową, trąc końcówką nosa o białe płótno kołdry. – Więc opuścił swój erem i odnalazł nieprzytomnego księcia. Zabrał go pod swój skromny dach i uratował. I gdy tak książę dochodził do siebie, pewnej nocy przyśnił mu się anioł – fiołkowy wzrok babki wędrował ku niebu, znów czyniła szybki znak krzyża, po czym uzupełniała – choć aniołów on jeszcze nie znał, bo przecież był, mój mały Franzel, poganinem. Postać ta – głos babki łagodniał – o sylwetce tak strzelistej jak drzewa otaczającego pustelnię lasu, trzymając w dłoni oliwną gałązkę – delikatna ręka babki unosiła się ponad oparcie fotela, jej kciuk i palec wskazujący stykały się ze sobą delikatnie, jakby babka trzymała w nich gałązkę z książęcego snu. – I ta postać rzekła do księcia: Ja jestem wysłany przez Boga, aby ci zwiastować pokój. – Tu, odrywając wzrok od swej dłoni i opuszczając ją na kolana, zawsze czyniła dygresję. Mówiła, patrząc na niego poważnie: – Bo Bóg, mój mały Franzel, to pokój. Pamiętaj. – W małej sypialni przy Georgstrasse zalegała cisza, która jemu, skrytemu pod kołdrą, sponad której, wstrzymując oddech, śledził każdy gest babki, znowu wydawała się nieznośnie przytłaczającą wiecznością. Cisza dzwoniła w uszach, aż zaczynał się bać, że od tego dzwonienia popękają mu bębenki w uszach. W istocie trwało tylko kilka sekund, nim babka wracała do opowieści, przełykając głośno kolejny łyk wody. – Po tym śnie dziwnym książę przebudził się, a widząc swego wybawiciela, opowiedział mu to, co zobaczył. Mnich wytłumaczył, co stało się w lesie, po czym wyjaśnił księciu sens proroczego snu, mówiąc, że to dobry Bóg powołał go do wiary Chrystusowej, której tajniki następnie mu objaśnił. Książę mocno poruszony tym, co usłyszał z ust pustelnika, z jego rąk przyjął chrzest i dołączył do grona ludzi, którym bliskie jest słowo Pana. Całkiem już zdrów powrócił do swego grodu, a w miejscu, w którym upadł zraniony, kazał wznieść klasztor i nazwał go Oliwa, mój mały Franzel, od tej gałązki, którą w dłoni trzymał anioł ze snu. – Głos babki stawał się coraz pewniejszy pewnością znaną osobom, które całkowicie wierzyły w słuszność dokonywanych przez siebie życiowych wyborów. Bo babka Geszkau była zawsze pewna, że to, co czyni, kierowane jest ręką Boga, a ten, jak wiadomo, nigdy się nie myli. 
 
Podziwiał niezłomną pewność babki, choć czasem zastanawiał się, czy jej wiara w niebo, które wskazywały strzeliste wieże kościoła odwiedzanego w każdą niedzielę, ufność, z jaką po przekroczeniu progu świątyni zdejmowała rękawiczkę, by zanurzyć papierową dłoń w misie ze święconą wodą, i na zapadniętej piersi czyniła nabożnie znak krzyża, szeptem wypowiadając imiona Trójcy Świętej, zastanawiał się więc, czy ta jej niezachwiana wiara w chrześcijańskiego Boga oparłaby się starogermańskim bóstwom, które przywołano z Walhalli, czy potrafiłaby bronić ideałów, które przed laty rygorystycznie wyznawała, czy też może śladem rzeszy neofitów gorliwie przyjęłaby nową religię, oddając jej swoje niezachwiane przekonanie o słuszności ostatecznie podjętej decyzji, tak jak czynili to otaczający ją wokół ludzie, których niedawnych sprzeciwów wobec nowego ładu Franzel ciągle nie był w stanie zapomnieć.
 
 
Ciąg dalszy jutro
 
 

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Kultura