Dziś jest okrągła rocznica amnestii zwanej "Kiszczakowską". 25 lat temu, w 1986 roku, wypuszczono na wolność prawie wszystkich więźniów politycznych w PRL, w pierwszym z całej serii publicznych gestów pojednania władzy ze społeczeństwem. Gestów zwięńczonych kilka krótkich lat później Okrągłym Stołem i pierwszymi, prawie wolnymi wyborami.
Nas, z więzienia na Rakowieckiej, wypuszczano na przestrzeni kilku dni dbając, by nie doszło przed bramą więzienia do jakichkolwiek demonstracji. Odwożono nas cywilnym Fiatem 125 prosto do naszych domów. Moja wolność zwlekała, byłem ostatni z "mojej" celi. Wyszedł już Seweryn Jaworski, Adam Słomka, Darek Wójcik. W końcu i mnie wyprowadzono, pozwoliwszy przedtem ubrać się w biały letni garnitur zdeponowany dla mnie przez Goszeńkę w więziennym magazynie.
Krótka rozmowa z SB-ekiem wręczającym mi papiery amnestyjne zapisała się w mojej pamięci bez żadnych słów. Widzę tylko przyspieszające obrazy. Oko ulatuje bez ustanku ku oknu gabinetu na IV piętrze III pawilonu. Szuka wolności za murem spacerniaka, maca rzeczywistość po tamtej stronie. Po chwili już idziemy. Wsiadamy do Fiata. Wciśnięty między dwóch funkcjonariuszy na tylnym siedzeniu przekraczam tak długo nieprzekraczalną śluzę podwójnej bramy od ulicy Rakowieckie. Z piskiem opon, szybko skręcamy w lewo ku Alejom Niepodległości. Potem prosto na Żoliborz, na Gdańską.
Zmysły starają się wchłonąć nowe widoki, ruch, kolory, ale są po tak długim poście szarego więziennego wnętrza i wszechobecnego smrodu bezradne, przeładowane wrażeniami. Ze zdumieniem uświadamiam sobie, że choć patrzę to nie widzę. Nic mi się nie składa w spójny obraz. Kiedy wysiadam na Gdańskiej jestem zaskoczony, że to już, czuję się zagubiony i bezradny. Ale to tylko przez chwilę. Dzwonię po Goszę. W porę minut później nadchodzi.
W mieszkaniu Krzycha tulę ją po raz pierwszy od prawie roku. Tulę jej szczupłe ciało i znów doświadczam tego Święta, jakim są dla mnie jej, w przedziwnie satysfakcjonujący sposób składające się w uścisku, ramiona. Tulę ją po raz pierwszy od prawie roku i tulę po raz ostatni. Gosza jest hojna, pozwala mi przeżyć moje wzruszenie, daje się tulić. Choć wcale nie musi. Nie jest już moją Goszeńką. Powitanie - pożegnanie. Gorzka słodycz. Koniec określonego, znanego, nazwanego. Krawędź nowego, nieznanego, bez rozpisanych ról. Nie wiem kim będę, co zrobię. Prawdziwy początek emigracji.
Patrzę wstecz. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. A więc to tak upływa życie. Tak pojedyńcze życie wpisuje się w szerszy los kraju, świata, epoki. A więc to tak... Cóż to za cudny dar - życie.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)