Ciężko jest zaczynać blogowanie w takiej chwili, gdy jeszcze nie wszystkie trumny ofiar czarnej kwietniowej soboty spoczęły w ziemi, gdy jeszcze nie wszyscy wrócili z ostatniej podróży... Życie niby toczy się normalnie, w radiu gra zwykła muzyka, w telewizji zapowiadają kolejny odcinek "Tańca z gwiazdami"... Ktoś w TVN nie zauważył, że dla wielu będzie to wyglądało jak taniec na świeżych grobach, ba, taniec przy katafalkach. Fala żałobnych emocji przecież do końca jeszcze nie opadła, balkony wciąz kwitną flagami obwiązanymi kirem. Trudno te flagi zdjąć, gdy trwają pogrzeby.
W tych dniach ujawniła się z całą siłą polska wielkość i polska małość. O ile bowiem można być dumnym z godnej i pięknej reakcji większości Polaków, z niespodziewanie wykazanej sprawności okaleczonego aparatu państwowego, z premiera Rzeczypospolitej, który w tych dniach okazał się na chwilę premierem nas wszystkich, nawet z nieco na początku nieporadnego marszałka - interrexa Komorowskiego, o tyle trzeba się wstydzić wawelskich awantur i postawy publicystów z obu stron sporu. Nie potrafili opanować nerwów ani zwolennicy śp. Prezydenta, odmawiający całej reszcie prawa do płaczu nad stratą, ani przeciwnicy, broniący Wawelu przed prochami Kaczyńskich jak niepodległości. Można zrozumieć, że w nowej sytuacji jedni drugich się boją, że konserwatyści bedą zwalczać każdą próbę podważenia neoromantycznego mitu "drugiego Katynia", liberałowie zaś zaczną pilnie pracować nad jego zdekonstruowaniem - harcownicy obu stron mogli się jednak powstrzymać przed walką przynajmniej do końca żałoby. Najgodniej w całej sytuacji zachował się "Przekrój", który, zamiast kłócić się o Wawel, zaproponował budowę jakiegoś nowego panteonu. Inna sprawa, że to rzecz w Polsce niemożliwa - jeśli Polak nie zobaczy barokowego przepychu katolickich uroczystości, nie będzie czuł, że pochował prezydenta.
***
Zadziwiajace, jak głęboko siedzi w nas romantyczne widzenie świata. Były członek PZPR Ryszard Kalisz przez pięć dni mówił o "mistycznej koincydencji" rocznicy Katynia i katastrofy (a później także wulkanicznej chmury znad Islandii) - nie wyobrażam sobie mówiącego takie słowa postkomunisty w innym kraju! Po Polsce krążyły esemesy wzywające do modlitwy za duszę prezydenta i naród, który "znów jest Chrystusem Narodów". Jan Maria Rokita wygłosił taką samą konstatację w TVN24. Lecha Kaczyńskiego nazwano bohaterem narodowym i "żołnierzem prawdy" wprowadzając go na Wawel, zreszta bohaterami narodowymi zostali awansem wszyscy pasażerowie samolotu, łącznie z pilotami, stewardessami i kompletnie przypadkowymi ofiarami z grona osób towarzyszących. Bo przecież zginęli lecąc do Katynia jako "pielgrzymi narodowej sprawy", czy - tu znów Ryszard Kalisz - "najlepsi synowie i córy Narodu Polskiego". Śp. poseł Wasserman pewnie nigdy by się nie spodziewał, że ktoś z SLD kiedykolwiek go tak nazwie...
Gdyby od wyświetlenia "Katynia" w Rosji zaczął się w tym kraju ferment prowadzący do jakiejś kolorowej rewolucji, zapewne umocniłoby to mit o polskim cierpieniu wyzwalającym z ucisku inne narody. W tym sensie wyznawcy neoromantycznych teorii narodowych mieliby trochę racji, choć i tak można mieć wątpliwości, czy jednak nie należałoby nie lądować na siłę we mgle mając setkę "nalepszych synów i cór" na pokładzie. Póki co katastrofa z pewnością sprawiła, że ci, którzy - również w Polsce - o Katyniu nie wiedzieli, albo wciąż wierzyli, że to robota Niemców, już wszystko wiedzą.
***
Wczoraj odbył się m. in. pogrzeb Jerzego Szmajdzińskiego. Zadziwiały ciepłe słowa biskupa Głodzia, który pocieszył rodzine, że w czasie wielkanocnym nawet niedowiarkowie idą prosto do nieba. Zadziwiał -znów! - Ryszard Kalisz czytający Biblię. Zastanawiam się nad tym, czy pewien ostracyzm wobec SLD nie powinien się po tej katastrofie skończyć. Oczywiście, formacja ta w poprzedniej epoce aktywnie zamazywała prawde o Katyniu. Ale - jeśli już uderzamy w neoromantyczne tony ofiarnictwa i boskich wyroków -, to czy nie należałoby uznać, że śmierć trzech osób z Lewicy w poblizu katyńskiego cmentarzyska nie włączyła ich już na sto procent w obręb naszej narodowej wspólnoty i nie okazała się aż nadto wysoką odpłatą?
***
Marszałek Komorowski ogłosił datę wyborów prezydenckich. 20 czerwca to chyba jedyna data, jaką mógł ogłosić, nie narażając się na zarzuty o przyspieszanie wyborów z korzyścią dla siebie samego. Marszałek jest w bardzo niezręcznej sytuacji, bo cokolwiek by robił, zawsze bedzie narażony na zarzuty o stronniczość. Na dobra sprawę jednynym sposobem ich unikniecia byłoby wycofanie się z wyborów. Trudno się jednak spodziewać, żeby Platforma na to pozwoliła, choć czas żałoby wyraźnie pokazał, że Komorowskiemu brakuje charyzmy, że nawet w sytuacji tak emocjonalnej nie jest w stanie porwać tłumów. Wbrew pozorom w PO mało jest polityków, którzy taka charyzmę mają, siłą tej partii jest raczej krótka - od 10 ,kwietn ia jeszcze krótsza - ławka rezerwowych PiS-u. Mocno się zastanawiam, czy hrabia Bronisław bedzie w stanie poradzić sobie z umiejętnie przywoływanym mitem spoczywającego na Wawelu "żołnierza prawdy". I z hiobową aurą wokół jego brata, o ile oczywiście ów brat zdecyduje się kandydować. Chyba, że PiS przeszarżuje w zawłaszczaniu legendy i wawelska trumna, zamiast ochraniać kandydata tej partii przed ciosami, po prostu go przygniecie.
Tak czy inaczej, katafalki jeszcze stoją, a polityczny taniec już się zaczął.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)