I już wiadomo - Jarosław Kaczyński bedzie kandydował! "Hiob polskiej polityki" otarł łzy i stanął w blokach startowych prezydenckiego wyścigu. Mimo ogromnego żalu po stracie brata i bratowej, mimo problemów z chorą matką (której, jak twierdzi "Newsweek Polska", do dziś nie powiedziano o śmierci Lecha), prezes Prawa i Sprawiedliwości podjął polityczne wyzwanie.
Nie wiem, czy kierownictwo PiS od początku miało zamiar zwlekać do ostatka, czy też trzymanie obserwatorów w niepewności co do kandydowania Jarosława Kaczyńskiego rzeczywiście związane było z oczekiwaniem na ostatnie pogrzeby pisowskich ofiar Smoleńska, czy wreszcie Kaczyński istotnie do końca się wahał. Tak czy inaczej, niepewność co do decyzji głównej siły opozycyjnej skierowała na PiS uwagę niemal wszystkich mediów, która to uwaga jest w kampanii wyborczej rzeczą bezcenną. Nad pisowskimi wątpliwościami z troską pochylały się wszystkie gazety i czasopisma, od "Naszego Dziennika" do "Przeglądu", wszystkie główne stacje telewizyjne, różnych odcieni komentatorzy w radiu. Cała Polska mogła usłyszeć, jak to tysiące (a nawet "setki tysięcy", jak się wyraziła p. Kluzik-Rostkowska, świeżo mianowana szefowa kampanii Kaczyńskiego) obywateli słało listy błagalne do szefa Prawa i Sprawiedliwości, wszyscy mogliśmy poznać - oryginalnie w prasie prawicowej w odpisach z innych mediów - wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza, przypominający, że "Pan jeszcze coś jest winien bratu". Najwyraźnie prezes zgodził się z poetą i postanowił nie uciekać w prywatnośc i żałobę.
Sam bohater dnia się nie pokazał, wydał tylko pełne patosu oświadczenie. "Polska to nasze wspólne, wielkie zobowiązanie. Wymagające przezwyciężenia także osobistego cierpienia, podjęcia zadania pomimo osobistej tragedii. Dlatego podjąłem decyzję o kandydowaniu na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej" - pisze prezes PiS. I dodaje, że wzywa do współpracy wszystkich tych, którzy "chcą by prawa Polska i prawi Polacy (...) na zawsze podnieśli głowy" .
Widać w tym oświadczeniu rzecz ciekawą - Kaczyński traktuje uczestników ostatniego lotu pechowego tupolewa jako pewną całość, nie dzieli ich na swoich i obcych, wszyscy są "wybitnymi Polakami" i ze wszystkich "Polska jest dumna", mieszczą się w tym gronie nie tylko Lech Kaczyński, Aleksandra Natalli - Świat czy Janusz Kurtyka, ale także Izabela Jaruga-Nowacka i Jerzy Szmajdziński. Na podobnej zasadzie poseł Kalisz zbudował swój zespół "najlepszych synów i cvór Narodu Polskiego". Kalisz jednak stworzył taki zbiór i na tym poprzestał, Kaczyński zaś idzie dalej: wszyscy tragicznie zmarli, od lewicy do prawicy, stają się ofiarami złożonymi na ołtarzu zwycięstwa "prawej Polski i prawych Polaków" - przy czym jest rzeczą oczywistą, że ta prawość jest prawością widzianą oczyma członków i sympatyków Prawa i Sprawiedliwości. Jednym słowem w świecie wykreowanym przez Jarosława Kaczyńskiego poseł Szmajdziński pozostawia po sobie dziedzictwo, któremu na imię... powrót IV Rzeczpospolitej! Bo przecież jest rzeczą oczywistą, że wszyscy wybitni Polacy pragną zwycięstwa prawej Polski.
Trudno powiedzieć, jak ta kampania się potoczy, i jaki bedzie jej finał z punktu widzenia Kaczyńskiego i jego partii. Polski wyborca ma to do siebie, że głosuje nie tyle "za" ile "przeciw". Stawia krzyżyk przy Komorowskim, bo nie lubi Kaczyńskiego (lub odwrotnie), popiera PiS, bo nie znosi PO (lub odwrotnie), przekonywanie go do siebie nic nie da, bo on i tak wie swoje - że "na tych złodziei w życiu nie zagłosuje". Nie ma w Polsce gorszej rzeczy dla kandydata w jakichkolwiek wyborach, niż stały i duży elektorat negatywny, bo taki elektorat zawsze jest gotów zagłosować na rywala, obojetnie, kto by nim nie był. Tymczasem chyba żaden polityk w Polsce nie ma tak dużego negatywnego elektoratu, jak prezes Prawa i Sprawiedliwości. Kluczem do zwycięstwa w wyborach jest w Polsce zawsze umiejętne zneutralizowanie tej grupy - raczej przekonanie do niegłosowania przeciw sobie, niż przeciagnięcie przeciwników na swoja stronę. To dlatego kampania w Polsce zawsze jest pełna insynuacji i niesprawdzonych oskarżeń, poniżania i ośmieszania rywala. Chodzi o to, żeby elektorat negatywny został w domu, żeby ci, którzy głosują przeciw danej osobie, mieli wrażenie, że nie mają na kogo gosować, bo co prawda ich wróg numer jeden jest ohydny, ale inni jeszcze wstrętniejsi.
I tu PiS ma kłopot. Samo ludzkie współczucie, jakkolwiek całkiem autentyczne, i to nawet wśród ideowych przeciwników Kaczyńskiego, do zwycięstwa nie wystarczy. W sytuacji żałoby nie odniesie zaś skutku kampania negatywna - walenie w przeciwnika teczkami, kompromitowanie go, próby oskarżania o spowodowanie katastrofy (które gdzieniegdzie już się pojawiły) byłyby odebrane jako naruszanie mitycznego pojednania narodowego, obraza pamięci ofiar tragedii smoleńskiej itp. Z drugiej strony samo przekonywanie wyborców do siebie daje w Polsce niewiele, zresztą akurat elektorat pozytywny PiS-u z reguły bywa dość zdyscyplinowany i - niezależnie od siły i tonu kampanii - na wybory raczej chodzi, negatywny zaś, jak powiedzieliśmy, i tak przekonać się nie da, bo emocje są u nas ważniejsze od argumentów. Owszem, można próbować delikatnie wplatać w kampanię elementy pamięci o Smoleńsku - ale też z umiarem, bo brak delikatności w tym względzie równiez może zostać odebrany jako szarganie świętości i żerowanie na czyjejś śmierci. PiS i tak już się sporej części społeczeństwa naraził zaciągnięciem ciała prezydenta na Wawel.
Przed sztabem Kaczyńskiego stoi więc trudne zadanie. Jeśli mimo to kandydat PiS wygra, staniemy się ewenementem na skalę światową. Już jesteśmy chyba jedynym krajem na świecie, w którym dwaj bliźniacy byli w tym samym czasie premierem i prezydentem, teraz bylibyśmy też jedynym, w którym dwaj bliźniacy byliby kolejnymi prezydentami! Szkoda tylko, że byłaby to wyjątkowość okupiona realną krwią - i to w czasie pokoju...


Komentarze
Pokaż komentarze (11)