88 obserwujących
541 notek
589k odsłon
358 odsłon

Jarosław Górski: Etos prawdziwej elity

Wykop Skomentuj1

Jarosłąw GórskiNa ostatnim Festiwalu Obywatela, poświęconym oporowi społecznemu, miałem okazję uczestniczyć w kilku świetnych rozmowach. Zastanawialiśmy się między innymi nad dwiema sprawami: dlaczego w naszym kraju, mimo że wielu z nas mocno daje się we znaki liberalny porządek, tak mało ludzi gotowych jest nie tylko czynnie protestować i działać na rzecz zmian, ale nawet głośno mówić o własnej krzywdzie?

I jak to możliwe, że wrażliwi społecznie katoliccy i laiccy polscy inteligenci obejmujący najważniejsze stanowiska w oficjalnych i nieoficjalnych (choćby czwartej) władzach III RP, tak łatwo zgodzili się na przebudowę Polski w duchu najbardziej antyspołecznej neoliberalnej ideologii („Nie ma społeczeństwa – są mężczyźni i kobiety”, mówiła tejże ideologii matka założycielka)? Odnajdywaliśmy tak wiele przyczyn, istotne zjawiska zwykle są skomplikowane, że nie sposób ich choćby wymienić w krótkim felietonie. Dlatego pozwolę sobie przedstawić własny pogląd na sprawę, który według mnie łączy oba problemy.

Zacznijmy od naszych inteligentów dokonujących transformacji. W najczęstszych – oczywiście nie na Festiwalu, ale słyszanych w ogóle w publicznej przestrzeni – próbach wyjaśnienia ich motywacji, widzę awers i rewers od dawna w polskiej tradycji obecnego i bardzo toksycznego przekonania. Owe wyjaśnienia mówią albo to, że nie mieli oni innego wyjścia, bo tylko bolesne i szokowe rynkowe reformy zaaplikowane przez rząd mogły uratować gospodarkę zrujnowaną przez komunistów, albo że nas po prostu zdradzili i sprzedali. Wspomniane przekonanie mówi, że to właśnie zakorzenione inteligenckie elity lepiej niż sam lud wiedzą, co jest dla ludu dobre, że posiadają niezwykle silny imperatyw działania dla dobra wspólnego, że istnieje coś takiego jak inteligencki etos, który nakazuje działać zawsze w interesie wszystkich, także tych, którzy sami działać w swoim interesie nie są w stanie. Czasami działania szlachetnych elit wymagają koniecznych ofiar, ale im większe te ofiary, tym większy tragizm osób podejmujących decyzje oraz ciężar, który biorą oni na swoje barki. W zasadzie więc im ofiary większe, tym większy powinien być podziw dla odważnych decyzji. Lub odwrotnie: ponieważ prawdziwe elity kierować się powinny wyłącznie szlachetnymi pobudkami, a takie zawsze przynoszą ludowi korzyść, to wszelka krzywda i niesprawiedliwość świadczą o tym, że elity sprzeniewierzyły się swojemu posłannictwu, najpewniej po prostu zdradziły lub okazały się elitami fałszywymi, podszywającymi się pod te prawdziwe.

Na początku transformacji zadziałała właśnie tak w Polsce żywotna legenda prospołecznych inteligenckich elit, zawsze kierujących się moralnym imperatywem. Elit, którym lud – z istoty swojej niezdolny do zrozumienia zawiłości gospodarki, polityki czy administrowania – powinien powierzyć władzę oraz własny los. Wtedy to nawet związki zawodowe rozpinały „parasol ochronny” nad reformami, które miały pozbawić ich członków pracy i środków utrzymania. A wiara ludzi w szlachetne intencje i proludowe nastawienie inteligenckich przywódców często skuteczniej niż policyjna pałka gasiła liczne, choć rozproszone protesty społeczne.

Polska inteligencja jest formacją poszlachecką i niezwykle mocno pielęgnuje szlachecką wizję świata. Jej samoświadomość konstytuują dwie wartości: demokratyzm i przekonanie o służebnej roli w społeczeństwie. Obie wartości zresztą sprzeczne, ale w specyficzny sposób godzone.

Inteligencki demokratyzm zakłada oczywiście równość wszystkich ludzi i świadomość, że własna uprzywilejowana pozycja nie dałaby się pogodzić z równością, gdyby nie to, że inteligencja jest klasą otwartą, do której dostęp mają wszyscy ci, którzy wyrwą się z ludowej ciemnoty i zacofania, a także, co niezwykle istotne, przyjmą inteligencki system wartości i sposób postrzegania świata. Do inteligencji więc każdy może i powinien dorosnąć, a że nie każdy dorasta, to jest oczywistym dowodem na to, że lud jednak jest ciemny i nieskory do oświecenia. Jest to dość prosta kalka demokratyzmu szlacheckiego, w którym jednak wyżej niż walory intelektualne cenione były militarne. W I RP żywe było przekonanie, że polska szlachta to po prostu ludzie najdzielniejsi i najszlachetniejsi, do których dostęp otwarty jest tym przedstawicielom ludu, którzy objawią dzielność i szlachetność w walce o wolność, tyle że niestety lud jest tak podły i tchórzliwy, iż wciąż jeszcze nie przeszedł przez szeroko otwarte wrota. Mickiewicz w tej rzekomej szlacheckiej inkluzywności, przetrąconej jakoby przez zaborców, widział dowód na to, że Polska była światową ojczyzną wolności:

„Król i mężowie rycerscy przyjmowali do braterstwa swego coraz więcej ludu; przyjmowali całe pułki i całe pokolenia. I stała się liczba braci wielka jako naród, i w żadnym narodzie nie było tylu ludzi wolnych i bracią nazywających się jako w Polsce. A na koniec król i rycerstwo dnia trzeciego maja umyślili wszystkich Polaków zrobić bracią, naprzód mieszczan, a potem włościan” („Księgi narodu polskiego”).

Wykop Skomentuj1
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale