Jakiś czas temu byłam parę dni w Brukseli; miasto jak miasto, typowe dla zachodniej Europy. Piękny rynek z okazałymi kamienicami, dookoła niego wąskie uliczki ze sklepikami gadżetowymi, z klimatyczną restauracją "U Leona", z butikami i hotelami.
Mieszkałam w północno-zachodniej części miasta, niedaleko od wielkiego węzła autostrad. To o tyle ważny szczegół, że aby się stamtąd dostać do centrum, trzeba jechać/(iść) przez dzielnicę Molenbeek - to droga najkrótsza.
Jadąc więc rano do centrum i stojąc oczywiście w korkach - ja nie kierowałam, byłam pasażerką w autokarze - mogłam przyjrzeć się tej dzielnicy. Rzeczywiście białych mieszkańców widać na ulicach z rzadka, z reguły starsze muzułmańskie panie, czasem opaleni panowie, poranna kolejka przed wejściem do przychodni - pół na pół biali i nie biali. Ale prawdziwym znakiem nadchodzącego czasu była wiata przystanku autobusowego, pod którą stało ze dwadzieścioro śniadych trzy-pięciolatków, pod opieką kobiet w chustach, czekających na autobus. Reszta oczekujących też była śniada.
To chyba była przyszłość Brukseli.
Oczywiście w Brukseli są dzielnice, gdzie rdzenni mieszkańcy przeważają; ale tam w zapyziałym Molenbeek rosną ludzie, którzy mogą dokonać ekspansji na resztę miasta.
Swojskim akcentem zauważonym po drodze był sklep "Podlasiak", na pewno z polskimi specjałami. Ale czemu w tej dzielnicy? Pewnie jest tam taniej aby wynająć lokal.
Ps. Podobno w Holandii nie ma tego problemu. Tam od razu rozpraszają przybyszów nie pozwalając tworzyć im zwartych, większych skupisk, w których nie mają szans na asymilację z rdzennymi mieszkańcami.
Coś w tym jest, gdy wspomnimy kahały w dawnej Polsce, gdzie skupiona tam żydowska diaspora nie miała często kontaktu z otaczającym światem.
W którym kierunku będzie się teraz podążać, jak przebiegnie mieszanie ras na świecie?


Komentarze
Pokaż komentarze (12)