W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
122 obserwujących
553 notki
1248k odsłon
  2582   5

Z punktu widzenia pacjenta nie covidowego...

Narodowy Fundusz Zdrowia zalecił, aby ograniczyć do niezbędnego minimum lub czasowo zawiesić udzielanie świadczeń wykonywanych planowo. Podczas wystąpienia w Sejmie o stanie służby zdrowia, minister zdrowia Adam Niedzielski podkreślał, że "decyzja w sprawie ograniczeń zabiegów nie miała charakteru reaktywnego, tylko proaktywny - przewidujący, że w najbliższych dniach dojdzie do eskalacji pandemii, że trzecia fala przyspieszy".

Urzędowy bełkot ministra Niedzielskiego przetłumaczyć na język normalnego człowieka łatwo nie jest, ale spróbujmy tego dokonać. Z tego zdania wypowiedzianego przez człowieka, który w rządzie RP odpowiada za ZDROWIE, dowiadujemy się, że rząd nie ma zamiaru reagować na coraz większy zator w udzielaniu "klasycznych" świadczeń medycznych ( operacje, zabiegi, rehabilitacja) , ale skupia się wyłącznie na aktywnym realizowania planu mitycznej walki z mityczną "pandemią", która w fazie własnego "renesansu" jest obecnie "trzecią falą". Nietrudno też wyczytać między wierszami, że "proaktywnie" Niedzielski - jeżeli w ogóle coś przewiduje, to te przewidywania dotyczą utrzymania tego status quo, czyli identycznych działań na wypadek, czwartej, piątej, szóstej itd, fali koronawirusa. Pan minister ma także nieograniczone możliwości w "odkrywaniu" nowych "mutacji" wirusa, osobiście czekam na odmianę eskimoską, chociaż w polskiej rzeczywistości bardziej możliwa jest np. bieszczadzka, albo sopocka - coś jak polędwica.  


Ale żarty na bok, bo sprawa jest poważna. Tak się składa, że należę do tej grupy ludzi, a właściwie pacjentów, którzy kotłują się w zatorze utworzonym w efekcie "proaktywnego" działania ministra Niedzielskiego. Nie wdając się w szczegóły stanu mojego zdrowia (nie chcę tego upubliczniać), zostałem zakwalifikowany, zresztą jako podręcznikowy przykład medyczny, do operacji, którą pilnie (sic!) wyznaczono na wrzesień ubiegłego roku - zresztą po trzykrotnym pobycie w szpitalu i jednej, pomyślnej operacji wg. specjalistów bardziej potrzebnej. Od tego czasu "proaktywnie" czekam na drugą operację: wrześniowy termin przesunięto na grudzień, grudniowy na marzec. Dosłownie wczoraj odebrałem telefon ze szpitala, w którym mila pani poinformowała mnie, że "proaktywnie" muszę poczekać jeszcze ze trzy miesiące... jak dobrze pójdzie.


Gdybym miał operację we wrześniu, prawdopodobnie byłbym już po rehabilitacji i mógłbym wrócić do pracy zawodowej, ciesząc się podreperowanym zdrowiem. Natomiast, pomijając już to, że któregoś poranka mogę się nie obudzić, powoli zostaję na marginesie bytu, jako wykluczony z życia nie tylko zawodowego, ale życia w ogóle. Będąc - na razie - na zusowskim garnuszku zasiłku rehabilitacyjnego  w najbliższym czasie z głodu nie umrę, ale co się stanie, kiedy twarde przepisy ustawowe, powiedzą mi w końcu: - dobra panie Kemir, skończył się pana czas i nie damy już panu złamanego grosza. Oczywiście chętnie wróciłbym do pracy, bo w sumie czuję się świetnie, ale nie ma w tej w tej chwili w Polsce lekarza, który zgodziłby się na mój powrót do pacy: - przecież w tym stanie pan się do pracy nie nadaje, ryzyko jest za duże. Niestety.
'

Z tego co wiem - a wiem - takich jak ja jest w tej chwili cała armia. Ludzi zawieszonych między życiem a śmiercią, zawieszonych między normalnym bytem, a bytem będącym wielką niewiadomą. Nie rozumiem, że minister polskiego rządu, w swojej "proaktywności" de facto morduje ludzi takich jak ja - i to podwójnie, bo i fizycznie i mentalnie, wpędzając ich w spirale zależności od ... no właśnie czego? Od widzimisię i "proaktywności" urzędnika państwowego, któremu płacę ze swoich podatków? Jakim prawem ten czy inny minister, czy nawet premier, mają czelność mówić o prawnych aspektach wynikających z pandemii, jakiejś rzekomej aktywności w pomocy dla dotkniętych skutkami ograniczeń, trosce o pacjentów, czy dbałości o ochronę zdrowia obywateli?  Przypadki takie jak mój, pokazują, że propaganda sukcesu rządzi się swoimi prawami, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Zdaję sobie sprawę, że to moja, pewnie bardzo subiektywna ocena, ale nie należę do ludzi, którzy wiecznie niezadowoleni marudzą, że "mi się należy". Wręcz przeciwnie, zawsze patrzę na życie i swoje sprawy z możliwie jak najszerszej perspektywy i wiem, że moje sprawy są ważne, ale istnieją ważniejsze. W tym wypadku jednak, to problem społeczny - szkoda, że starannie pomijany, lub zakłamywany przez rządową propagandę. 


Nie tak dawno, zapytany o przyczynę ogromnego wzrostu liczby osób zmarłych w Polsce w roku 2020 (o ok. 70 tys.) podczas gdy w Niemczech, Austrii, czy nawet we Włoszech nie ma ogólnego wzrostu liczby zgonów, Niedzielski odpowiedział: "Część zgonów wynikała z ograniczenia możliwości dostępu do służby zdrowia. Wiele zgonów COVID-owych wynikało z tego, że pacjenci za późno trafiali do szpitali, kiedy już nie można było interweniować, podając leki czy tlen. Musieli być od razu podłączeni pod respirator, a szacunki są takie, że nawet 30–50 proc. takich pacjentów umiera”. Zatem, skoro na COVID zmarło w Polsce w 2020 roku około 29 tysięcy osób, to skąd wzrost zgonów o kolejne 41 tysięcy? Nie wiem, czy minister jest aż tak głupi czy bezczelny, że wprost przyznaje, co było przyczyną tych zgonów, ale  jest logiczną oczywistością, że te 41 tysięcy zmarło z powodu nieudzielenia bądź spóźnionego udzielenia pomocy. Z powodu zatoru "szczęściarzy" takich jak ja, którzy zdani na "proaktywne" majaki ministra polskiego rządu być może odciążą służbę zdrowia odchodząc z tego padołu -  a jakże - na COVID.

Lubię to! Skomentuj105 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo