W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
143 obserwujących
611 notek
1376k odsłon
  3936   6

Widok ze szpitalnego łóżka


W południe przewieziono mnie na odział właściwy. Żarty się skończyły.  Co prawda z pomocą, ale głównie własnymi siłami musiałem przetransportować śwoje nagie i pozszywane ciało na inne łóżko, co było nie lada wyczynem. Bolało mnie dosłownie wszystko. Zajęła się mną jakaś młodziutka pielęgniarka, strofowana przez trochę starszą. Usłyszałem - chodź pokażę ci jak to wszystko podłączyć. Chodziło o podłączenie mnie to aparatury monitorującej. I tu chyba zacżęłły się schody, ponieważ po tym podłączeniu, alarm przy moim łóżku odzywał się mniej więcej co 5 minut. Co ciekawe, na OIOM wskazania aparatury były idealne, tutaj było zupełni odwrotnie. Pielęgniarki co rusz kasowały alarm, pytając czy dobrze się czuję, zjawił się lekarz z rozrusznikiem serca i kabelkami, pod które zostałem podpięty ( później okazało się, ze zupełnie niepotrzebnie) i tak doczekałem wieczora. Czułem potworne zmęczenie, ale weź tu zaśnij, jak co chwilę piszczy alarm, nie tylko zresztą przy moim łóżku. Na następnej zmianie ( już nocnej) podeszła do mnie pielęgniarka w średnim wieku, szczerze pisząc niezbyt sympatyczna, ale bez wątpienia o dużej fachowości. Popatrzyła na te wszystkie kable i wężyki, na ekran monitora, po czym wyczytałem w jej oczach niemałe wkurwienie. Zaczęła coś wypinać, przepinać, coś tam wymieniła, po czym.... alarmy przy moim łóżku się skończyły definitywnie.


I tak przeszedłem automatycznie do trzeciej grupy pacjentów - "elity", która stawiana na nogi przygotowywana jest do opuszczenia szpitala. Duża w tym rola fizjoterapeutów - rehabilitantów, których zadaniem jest dosłowne postawienie pacjentów na nogi i nauczenie na nowo chodzenia. Miałem pecha, bo trafiłem na pana Ryszarda, który - jak mi się zdaje - w poczuciu ogromu własnego ego przeświadczony był o swojej zajebistości. Bez specjalnych ceregieli pomógł mi się odziać w piżamę, posadowił na krześle i wygłosił obszerny wykład o siedzeniu i chodzeniu. Nie wiem, czy bardziej chęcią zmierzenia się z własna słabością, czy zbudowany wykładem pana Ryszarda, po prostu wstałem i pomaszerowałem na korytarz, walcząc dzielnie z workiem na mocz i stojakiem na kroplówkę. Lekko nie było, to coś tak jak pójść w góry z niewygodnym plecakiem i statywem na sprzęt foto, ale maszerowałem tak prawie pół godziny. Powrót do łóżka był jak wytchnienie po wejściu na Everest - co za ulga. Mój kolega z innego łózka miał więcej szczęścia, zaopiekowała się nim mała, przesympatyczna blondynka, przepełniona empatią i fachowością. Blondyneczka zrobiła mu najpierw masaż, pomogła wykonać kilka prostych ćwiczeń i towarzyszyła w spacerku, nadając rytm i tempo. "mój" pan Ryszard widocznie nie miał na to czasu, zresztą ulotnił się nie wiadomo gdzie. W każdym razie stałem się pacjentem chodzącym.


Nazajutrz pielęgniarka uwolniła mnie z cewnika. Do jedzenia dostałem kisiel bez cukru i tak powoli organizm miał się na nowo przyzwyczaić do pokarmu. Dopiero na drugi dzień dostałem bułkę z mlekiem na śniadanie i makaron z jakimś sosem na obiad. Zacząłem funkcjonować w miarę normalnie. I tu pora na pewne refleksje. Wspomniałem o empatii. Niestety, poza przykładem zaangażowanej blondyneczki, kilkoma pielęgniarkami i może jednym, dwoma lekarzami, próżno jej było szukać. Większość lekarzy i pielęgniarek traktuje pacjentów jak swojego rodzaju produkt, który - jak w fabryce - przynosi określony dochód. Niemały, bo operacja jaką przeszedłem wyceniana jest na okoł0 80 tys. złotych. Dlatego też cały cykl jest jak produkcja w fabryce. Nie ma jednego, przypisanego do określonego pacjenta lekarza, co dyżur przychodzi inny i zadaje to samo pytanie: jak się pan czuje? Czułem się dobrze, zatem słyszałem, że "idzie ku dobremu". Obejrzał jeszcze taki rany pooperacyjne - super, się goją i tyle. Zero informacji, zero konkretów. Identycznie ma się poranny obchód z udziałem ordynatora - same ogólniki i ewentualnie końcowy komunikat: jutro wypiszemy pana do domu.


Owe jutro okazało się z jednej strony wydarzeniem na miarę drugiego życia - jak w grze komputerowej, z drugiej ogromnym rozczarowaniem. Zjawił się jakiś pan doktor, podobno ten, co mnie operował, wręczył szpitalny wypis  i oznajmił, że nie ma czasu, dlatego nie będzie ze mną rozmawiał, a wszystko co powinienem wiedzieć znajdę w rzeczonym dokumencie - łącznie z receptami i skierowaniem na wizytę pooperacyjną w poradni kardiologicznej. Nic już w szpitalu po mnie - wykąpałem się porządnie, bez tych wszystkich kabelków, wężyków i plastrów, ubrałem w "cywilne" ciuchy i oczekiwałem na rodzinny transport. Już nieco z dystansu popatrzyłem na kolejny szpitalny dzień: jedni na operację, drudzy z operacji - fabryka pracuje na pełnych obrotach. Ale szok poznawczy był dopiero przede mną. Przychodnia do której miałem skierowanie znajduje się w tym samym budynku, zatem nie omieszkałem się w niej zarejestrować. Pani rejestratorka sama załamała ręce: termin - koniec marca 2022. Wizyta pooperacyjna. Pół roku po operacji, dobrze że szwy są rozpuszczalne i nie trzeba ich wyciągać, bo musiałbym chyba pójść do krawca.

Lubię to! Skomentuj119 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo