W okopie rozsądku
Najpierw Cię ignorują. Potem śmieją się z Ciebie. Później z Tobą walczą. Później wygrywasz. /Gandhi Mahatma/
143 obserwujących
611 notek
1377k odsłon
  2127   2

Panie Sousa, idź pan do diabła!

Paulo Sousa nawet mnie kupił. Nie od razu, bo wiele decyzji portugalskiego selekcjonera polskiej reprezentacji w piłce nożnej, wydawały mi się irracjonalne, ale zaczął mnie przekonywać, a remisem z Anglią przekonał już w zupełności. Nie powiem, że dołączyłem do jego fanów, gotowy bronić każdej jego decyzji i działania, natomiast zaczęło kiełkować ziarenko niepewności. A może faktycznie "siwy bajerant" ma rację? Może faktycznie jesteśmy takimi dziadami, że nie zasługujemy ani na chodzenie po tych ulicach co Paulo (bo Paulo po polskich nie chodzi), ani na oglądanie tych samych spotkań (bo Ekstraklasy Paulo nie ogląda). Może istotnie to gość, który zszedł kilka poziomów poniżej swojej godności, żeby przyprowadzić trochę futbolowej nowoczesności do naszego zaścianka? I co by o Sosie nie mówić, to ewidentnie rzucało się w oczy, że pomysł na reprezentację Polski on ma i konsekwentnie ów pomysł realizuje. W końcu od wielu, wielu lat, polski kibic futbolowy marzy o zerwaniu w polskiej piłce tego nieszczęsnego łańcucha DNA, polegającego na murarce własnej bramki i zdobywaniu goli  z kontry. Może i to skuteczne - system do perfekcji opanowany przez Nawałkę przyniósł nam względny sukces na Euro 2016, ale koniec końców okazał się strasznie prymitywny w zderzeniu z realiami współczesnego futbolu, o czym przekonał się ten sam Nawałka na Mundialu w Rosji, a później Jerzy Brżęczek, zwolniony właśnie za ów prymitywizm.


Sousa chciał w polskiej reprezentacji zaszczepić nowe DNA. Polegające na grze ofensywnej, ładnej dla oka, a co najważniejsze - przynoszące gole. I to - mimo bardzo przeciętnych wyników z zawalonym kompletnie Euro zaczynało się udawać. Co prawda drużyna Sousy traciła ( i traci) mnóstwo "głupich" bramek, ale przecież to klasyczne "coś za coś" - w końcu nie od razu Kraków zbudowano. Szliśmy małymi kroczkami do przodu. Co więcej – wydawało się, że nawet zgodnie z trasą, którą wykreśliliśmy sobie na mapie. Że właśnie w bólach robimy awans z pozycji "stłuczemy słabszych, a ze średnimi i z mocniejszymi może dowieziemy jakimś cudem 0:0”, do pozycji: "jak będzie trzeba, to i Anglicy będą musieli z nami grać na czas”. Narracja się pisała, fakty boiskowe zaczynały się zgrywać z wypowiedziami. Wydawało się także, że Sousa zerwał też z pojęciem " świętych krów" w kadrze, wprowadził też na reprezentacyjne salony wiele młodych, świeżych nazwisk. I tym mnie kupił.


Ale trenera rozlicza się z wyników. A te są właściwie żadne. Paulo Sousa został selekcjonerem reprezentacji Polski 21 stycznia. Od tego momentu kadra pod jego wodzą rozegrała 15 meczów, z których wygrała 6: dwa z Albanią, dwa z Andorą, dwa z San Marino. Zwycięstw z wyżej notowanymi rywalami - brak. Na Euro biało-czerwoni pod wodzą Portugalczyka polegli w kluczowym, pierwszym meczu ze Słowacją, przy ogromnym udziale szczęścia zremisowali z Hiszpanią i byli wyraźnie gorsi od Szwecji. Duży turniej, który Sousa dostał w spadku po Jerzym Brzęczku, został koncertowo zawalony. Cały trud z eliminacji wyrzucono do kosza. Teraz, po porażce z Węgrami, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że eliminacje do MŚ 2022 również zakończą się klapą. OK, cel postawiony przez PZPN, czyli co najmniej baraże w eliminacjach do MŚ w Katarze został zrealizowany, ale decydujące o bardzo ważnym rozstawieniu w barażach spotkanie z osłabionymi, nie grającymi już o nic Węgrami potraktował Sousa niczym sparring.  Nie pierwszy raz wystawił jedenastkę piłkarzy, którzy nigdy wcześniej w takim zestawieniu nie grali i nie zagrają. Naprawdę trudno racjonalnie wyjaśnić to, co wydarzyło się w poniedziałek na PGE Narodowym. Paulo Sousa opromieniony wiktorią w Andorze, nie wpisał do protokołu meczowego Roberta Lewandowskiego i Kamila Glika. Czyli dwóch absolutnie kluczowych i najbardziej charyzmatycznych piłkarzy reprezentacji. Wykartkował się Grzegorz Krychowiak, a selekcjoner stwierdził, że to za mało i posadził jeszcze na ławce Piotra Zielińskiego czy Arkadiusza Milika. Skoro oszczędzamy zagrożonego pauzą w barażach Glika, to co w pierwszej jedenastce robi będący w takiej samej sytuacji Mateusz Klich? Żeby było zabawniej - kartkę złapał i w marcu nie wystąpi. Ściągnięcie w przerwie chyba najlepszego na placu Jakuba Modera, czy wprowadzenie Przemysława Płachety na końcówkę lepiej przemilczeć.


Personalnych dziwolągów Sousy jest zresztą cała litania. Co klasyczny prawy obrońca Dynama Kijów, Tomek Kędziora robi na lewym pół-stoperze, nie nie wie nikt - chyba, że Portugalczyk chce skrzywdzić Kędziorę i pokazać, że się nie nadaje. Kosztem rewelacji z francuskiego Lens, Przemysława Frankowskiego, faworyzuje nie umiejącego bronić Tymka Puchacza. Wystawia będącego bez formy i umiejętności Piątka, nie wie, czy na lewym wahadle ma grać Cash czy Jóźwiak, miesza składem i pozycjami tak, że - co widać - sami piłkarze nie wiedzą o co kaman. Gdzie jest pomijany Sebastian Szymański, który jest filarem mocnego Dynama Moskwa, gdzie jest najlepszy młody skrzydłowy Ekstraklasy - Kuba Kamiński? Pytania się mnożą, bo logiki w postępowaniu Sousy nie ma żadnej.  I tak praktycznie w każdym meczu - po prawie roku pracy Sousy nie mamy ani jasno wykrystalizowanej pierwszej jedenastki, ani wyuczonych schematów czy automatyzmów wynikających ze zgrania zawodników. Był chaos i jest chaos.

Lubię to! Skomentuj110 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport