Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
154 obserwujących
688 notek
1556k odsłon
  2927   17

Powrót... Jakobinów

Od razu chcę stanowczo zaznaczyć, że niniejsza notka nie oznacza mojego powrotu w salonowe progi, to bardziej "występ" gościnny, podyktowany troską o moją Ojczyznę, której jestem oddanym i pełnoprawnym Obywatelem. Uważam, że nie sposób milczeć, kiedy - w moim mniemaniu - zmierzamy do katastrofy po równi pochyłej.



Od momentu powołania trybunału rewolucyjnego w Paryżu (10 marca 1793 roku), do czasu upadku Robespierrea (27 lipca 1794 roku), we Francji ścięto na gilotynie łącznie 2616 ludzi, z czego 2217 w ciągu pięciu ostatnich miesięcy życia tyrana. Kolejno ginęli rywale mało znanego przed Wielką Rewolucją Francuską adwokata z Arras. Prawnik stał się synonimem terroru, na którego drogę wstąpił w imię cnoty, żyjącego utopijną wizją idealnego społeczeństwa. Podczas swej ostatniej mowy, wygłoszonej w Konwencie w dniu 26 lipca 1794 roku stwierdził: : "Śmierć jest początkiem nieśmiertelności”. Nie mylił się. Karty historii dały mu życie wieczne jako symbol terroru.

Od chwili wybuchu wojny na Ukrainie w Polsce zapanowały jakobińskie porządki sprawowania władzy, Robespierrów ci u nas nadmiar i tylko materialnych gilotyn brak, bo te medialne ścinają głowy taśmowo. Z istoty ten chory, patologiczny system sprowadza się do obsesji ścigania domniemanych agentów i zdrajców, zaprzańców  patriotyzmu, który zdefiniowany został jako totalna rusofobia z jednej i bezgraniczna miłość dla Ukrainy z drugiej strony. Mentalnie Polska na dziś to Francja z 1793 roku, w której Robespierre zainicjował machinę terroru, ukierunkowaną na tropienie i eliminację wrogów wewnętrznych. Dziś każde, nawet ostrożne zastanawianie się nad rozmiarami polskiej pomocy dla Ukrainy i działań wobec ukraińskich uchodźców to niemal zdrada stanu, czyli w najlepszym przypadku położenie głowy pod medialną gilotynę.


Rzecz jasna i ludzka każdy, kto nie ma w miejscu serca kamienia uzna, że pomoc uchodźcom to naturalny i humanitarny odruch, do którego zresztą obliguje prawo międzynarodowe, ale czym innym jest pomoc, a czym innym proces stopniowego w praktyce przyznawania przybyłym Ukraińcom polskich praw obywatelskich, co tworzy zupełnie nieprzewidywalną przyszłość, w tym zagrożenia dla polskiej tożsamości narodowej. Obrzydliwy jest w tym procederze stosowany szantaż moralny, polegający na zero jedynkowej aklamacji, w której podważanie społecznej polityki pro-ukraińskiej powoduje automatyczne wykluczenie z polskiej społeczności. Swoją drogą ciekawe, że oficjalnie uciekinierom z Ukrainy nie nadaje się oficjalnego statusu uchodźców, chociaż zdecydowanie powinno. Ukraińskich przybyszów, w zdecydowanej większości przybyłych z rejonów nie objętych wojną, właściwie "wkomponowuje" się od razu w polskie społeczeństwo, co właściwie określić można jako wielką akcja przesiedleńczą – porównywalną do tej po 1945 roku – która może zmienić nieodwracalnie strukturę etniczną Polski. Zaznaczam słowo "może", ponieważ nie jest to pewnik, ale skoro tak może się stać, to idąc dalej, może zmienić układ polityczny i jeszcze dalej - zmienić ustrój Polski w ogóle.


Ale apogeum współczesnego jakobinizmu stanowi polityka i związana z nią kampania (dez) informacyjna. Jakobińskie metody, których skuteczność ktoś przetestował w czasie pandemii, znalazły miliony nadgorliwych wykonawców. Tak jak w pandemii brak równowagi informacyjnej powodował liczne konflikty i społeczne podziały, tak i teraz jednostronny przekaz, będący kalką mediów ukraińskich, finalnie zmierza do eksterminacji tych, którzy chcą o wojnie wiedzieć coś więcej, niż podają oficjalne źródła. Wspominanie dziś Wołynia to myślozbrodnia, powątpiewanie w sens proukraińskich działań rządu to piąta kolumna, próby rzetelnej analizy przyczyn tej wojny i jej wpływu na przyszłość to "ruska agentura", "kacapstwo" i pewne miano "ruskiej onucy". Wirtualna gilotyna ścina śmiałkom głowy, ku uciesze gawiedzi, która wcześniej delikwenta potrafi perfekcyjnie zaszczuć, pomówić i odrzeć z godności. (czego jestem żywym, salonowym przykładem)


Tylnymi drzwiami w tej jakobińskiej rzeczywistości na scenę wkroczyła cenzura, bezlitośnie sekując z przestrzeni publicznej nieprawomyślnych publicystów, komentatorów, ba - całe strony i serwisy, uznane wcześniej jako "płaskoziemskie", dziś jako wywrotowe agentury kremlowskiej propagandy, produkujące fejki i dezinformację. Niejako ukoronowaniem cenzorskich zapędów jest tzw. ustawa sankcyjna, na mocy której ktoś ( kto?) będzie urzędowo wskazywał "ruską onucę", co umożliwi zamrażanie takim osobom i podmiotom gospodarczym majątków, czyli często dorobku całego życia. To prawne kuriozum podważające świętą zasadę własności, dodatkowo wprowadza de facto sankcje na Polskę przez wprowadzenie embarga na import "węglowodorów"  z Rosji. W praktyce oznacza to zupełną demolkę polskiego systemu paliwowo - energetycznego, co musi przełożyć się na drastyczny wzrost cen nie tylko paliw, ale wszystkiego w dosłownym tego słowa znaczeniu. Żeby było zabawniej - chociaż to nie jest do śmiechu - Ukraińcy do swoich samochodów i czołgów wciąż tankują rosyjską ropę po około 5 zł za litr, ale my -  w imię solidarności z Ukrainą - "ruskiej" ropy nie będziemy kupować, bo wolimy taką, której cena pewenie niedługo osiągnie 10 - 12 zł za litr. A kto będzie narzekał, ten "ruska onuca", zabierze... tfu, zamrozi mu się majątek i zgilotynuje już prawną, ustawową gilotyną.  


Polski rząd, nadgorliwie pomny na słowa Zełenskiego: "Kupując rosyjskie surowce, finansujesz zabijanie Ukraińców”, jakoś nie przedstawił swojego pomysłu na sytuację: "zatrzymujemy odbiór wszystkich surowców od wroga, jest następny dzień rano, jakie są skutki i co robimy”. Strategia jakże polskiego "jakoś to będzie" nie uwzględnia starej prawdy, że sankcje przeciw Rosji były, są i będą środkami obosiecznymi - po prostu zbudowanego przez dziesięciolecia systemu wzajemnych relacji gospodarczych i łańcucha dostaw nie da się przerwać, bez poważnych konsekwencji dla nakładających sankcje. Przez cały okres swojej władzy rządy PiS-u nie zrobiły niczego konkretnego dla uwolnienia polskiej gospodarki od jej uzależnienia od Niemiec, a to oznacza także, że wszelkie problemy ekonomiczne naszego zachodniego sąsiada dodatkowo pogłębią kryzys w Polsce. Tymczasem PiS z właściwą sobie pogardą dla kwestii gospodarczych w praktyce domaga się, by Berlin poszedł w ślady Warszawy i dobrowolnie zdemolował swoją energetykę, handel i finanse. Koszty utrzymania milionów Ukraińców, którzy osiedlają się w Polsce w sposób radykalny muszą finalnie doprowadzić do hiperinflacji i pustych półek sklepowych, czego przecież doświadczyli już starsi Polacy w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia. Taki rezultat wyliczy byle student akademii ekonomicznych,  bo pewne ekonomiczne prawa są matematycznie nieubłagane. Nie da się bezkarnie drukować pieniędzy i rozdawać je na dziesiątki sposobów, dodatkowo biorąc sobie na barki niezależność od rosyjskich surowców i demolowanie systemu energetycznego.

Powstaje pytanie po co to wszystko? Rosja to zbyt wielki kraj, żeby tzw. sankcje Zachodu zrobiły mu długofalową krzywdę, szczególnie, że poza wspomnianym Zachodem żadne inne regiony świata nie tylko nie wprowadzają antyrosyjskich sankcji, ale wręcz stoją murem za Rosją, oferując często na nowo zdefiniowaną współpracę gospodarczą. Cóż, po prostu rynki nie znoszą próżni, ktoś nakłada sankcje, ale w jego miejsce przychodzi ktoś inny. A my godzimy się na nieproporcjonalną do naszych możliwości ofiarę na rzecz Ukrainy, która nie była, nie jest i nie będzie nam przyjazna, ponieważ priorytety Kijowa nie uwzględniają Polski jako pierwszorzędnego partnera politycznego czy nawet gospodarczego. Naiwnością są spekulacje, że po wojnie się to zmieni, bo nie ma ku temu żadnych przesłanek. A nawet jeżeli takie są, to ich podstawą są pobożne życzenia, w których racjonalizm oscyluje wokół zera. Wbrew zimnej, zaktualizowanej analizie geopolitycznej brniemy w doktrynę Jerzego Giedroycia nie patrząc na koszty i medialny terror, który zgilotynował rzetelną debatę polityczną i pozbawioną emocji chłodną kalkulację zysków i strat. Jeżeli  w tym obłędzie gilotynuje się każdy głos sprzeciwu, to mamy do czynienia z medialnym terrorem i końcem demokratycznego państwa prawa.
 

Robespierre sprzeniewierzył się ideałom: wolności, równości, braterstwa, zamiast których proponował rząd nadzwyczajny z drakońskimi prawami i morzem krwi rozlanej w czasie masowych egzekucji. Trudno oprzeć się wrażeniu, że polski rząd sprzeniewierza się dokładnie tym samym wartościom, chociaż propagandowo rzekomo je umacnia. Oby po raz kolejny nie trzeba będzie się przekonywać, że mieszanina fanatyzmu oraz utopijnych zapatrywań, prowadzi do zagłady  w czystej postaci, którego nie można uzasadnić żadną cnotą. Terror, choćby tylko medialny, nigdy nie znajdzie wytłumaczenia, nigdy nie będzie mniejszym złem. Proszę sobie te słowa dobrze zapamiętać, bo lekcja historii dana potomnym, dzięki której Robespierre zyskał nieśmiertelność, niestety nie przez wszystkich została właściwie zrozumiana. Jakobińskiej Polsce mówię stanowcze NIE.



CDN... ( być może)

Lubię to! Skomentuj222 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka