Żeby przeżyć jakoś nawał informacji związanych ze sportami krwawej prawie już walki Komorowski - Duda, popuściłem nieco wodze fantazji, wyobrażając sobie....
( wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przez autora niezamierzone i przypadkowe)
Poniedziałek, 25 maja 2015 roku, Warszawa, Pałac Prezydencki.
godz 08.03
Spod drzwi sypialni Prezydenta słychać głośne chrapanie. Odgłos niósł się po pogrążonym jeszcze w mroku korytarzu, gdzie jakaś przygarbiona postać, chwiejnym krokiem odbijała się od ścian, mamrocząc niewyraźnie
- Nie będę już szogunem, no k**** nie będę szogunem...
Poniedziałek, 25 maja 2015 roku, Bruksela, Siedziba Rady Europejskiej.
godz 08.27
Jasper van Dijk, młody Belg, od niedawna pracujący jako kamerdyner Przewodniczącego Rady Europy, szybkim krokiem zmierzał do windy. W głowie kłębiły mu się róźne, raczej czarne myśli. Spodziewał się potężnej bury od swojego pryncypała - za dzisiejsze spóźnienie.
- Pieprzony Polak - myślał Jasper.
- Do tego rudy - wymamrotał pod nosem.
Nie lubił swojego pryncypała. Wydawał mu się fałszywym rodzajem karierowicza. Na dodatek dosyć tępego karierowicza.
- Ten jego angielski to jakaś farsa - uśmiechnął się Jasper.
Tak rozmyślając, zdał sobie nagle sprawę, że jest już na tej kondygnacji, gdzie jest gabinet Przewodniczącego. Jego myśli rozproszyły się nagle, przegonione dziwnym hałasem. Hałas dochodził gdzieś z gabinetu Przewodniczącego. Jakieś stukanie, brzęki jakby rozbijanych przedniotow, ale nad wszystkimi tymi odgłosami górowały jakieś wrzaski w niezrozumiałym dla Jaspera języku, w ktorym rozumiał tylko jedno słowo: kurwa. To słowo powtarzane było z częstotliwością, która nie pozwalała zapamiętać, a nawet zrozumieć innych słów.
Oszołomiony sytuacją Jasper, dopiero teraz zauważył Emmę, zgrabną sekretarkę Przewodniczącego. Blado-zielona na twarzy, to spoglądała na monitor swojego komputera, to na dzwoniący telefon. Nie zauważyła jeszcze Jaspera, jej przerażenie sprowadzało się do dylematu, czy odebrać dzwoniący telefon. Nie odebrała, ale nacisnęła jakiś guzik.
Nagle nastała cisza. Słowo "kurwa" , jeszcze sekundę temu wystrzeliwane jak z karabinu maszynowego, zastąpiła dziwna mieszanina słów niemieckich i angielskich.
- Ja, ja , frau kanzler, i am idiot, ja, ja ....
Jasper przez chwilkę zastanawiał się, czy po prostu nie wrócić do domu. Jakaś dziwna siła nakazała mu jednak nacisnąć klamkę gabinetu. Dopiero teraz zauważyła go Emmma. Chciała coś powiedzieć, ale było już za poźno.
Jasper był już za drzwiami swojego pryncypała.
Poniedziałek, 25 maja 2015 roku, Warszawa, Pałac Prezydencki.
godz 09.13
Pochylony nad kopcem bigosu człowiek ubrany w kolorową piżamę z motywem różowych słoników, z niesmakiem odlożył srebrny widelec.
- No nie tak, moi drodzy, nie tak. Za kwaśny jest! I grzybków mało.... -
Jakby na dowód swoich słów, wziął widelec i ostentacyjnie pogrzebał nim w bigosie.
- Gdzie są grzybki? - zapytał.
Pytanie człowieka w piżamie zawisło w powietrzu. Widelec w jego dłoni wyglądał groźnie, jakby za chwilę miał być wbity w kogoś zasiadającego przy stole.
- Bronku, mamy problem.... - nieśmiało powiedziała kobieta w okularach, ubrana w granatową garsonkę.
Nerwowo przebierała palcami dłoni i kręciła się w swoim krześle tak, jakby coś ją uwierało.
- Jaki problem, Ewka, no jaki tu problem? To trzeba posłać po grzybki i po problemie. - człowiek nazwany Bronkiem uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Czy tylko ja tu potrafię myśleć? - uśmiechnął się w samouwielbieniu.
Kobieta w granatowej garsonce odwróciła wzrok. Przez chwilę błądziła wzrokiem po zebranych. Zatrzymała go na podstarzałym mężczyźnie z wielką zmarszczką na czole, którą niekiedy nazywa się lwią bruzdą.
- Panie Tomaszu, to może pan powie Bronkowi..
Jej drżący głos był ledwo slyszalny. Uważny obserwator zauważyłby zwilgotnione oczy, dyskretnie wyciarane białą chusteczką ściskaną w kościstej dłoni.
Mężczyzna z lwią bruzdą spojrzał na kobietę z wyraźnym wyrzutem
- Yyyyy yyyyy, Ewka, dlaczego ja? Yyyyy, yyyyy,, grzybków mało, ale ta kiełbaska...- z zapałem zajął się selekcją kawałków kiełbasy z bigosu na swoim talerzu.
- A, yyyyy yyyyyy, Bronkowi niech powie Misiek - powiedział nie przerywając dłubania widelcem w talerzu.
Kobieta spojrzała w kierunku Miśka. Wielki, łysy facet, w rozchełstanej koszuli zdawał się być nieobecnym. Z jakimś zwierzęcym instynktem padlinożercy, wielkie porcje nabierane widelcem wciskał w swoje usta, mlaskająć przy tym niesamowicie. W drugiej ręce trzymał chusteczkę, nie pierwszej już świeżości, którą co jakiś czas wycierał spocone czoło.
- Misiek! - kobieta, wyraźnie tracąca już cierpliwość podniosła głos.
Spocony facet nazwany Miśkiem podniósł wzrok, rozglądając się po zgromadzonych.
- No co? Głodny jestem. zwinęliście wczoraj z tej imprezy wyżerę zupełnie niepotrzebnie. Specjalnie kolacji nie jadłem. Dobrze, że szogun flaszki uratował - wyseplenił, nie przerywając mlaskania.
Wtem otworzyly się drzwi jadalni. W progu stanął czlowiek mocno kołyszący się na nogach. Jego rozwichrzone włosy i błędny wzrok wskazywały, że ostatnia noc była dla niego traumą, którą utopił w prawie pustej butelce Jacka Danielsa, trzymanej w drżącej dloni.
- Chodż tu do mnie mój szogunie!
Wszyscy spojrzeli na czlowieka w piżamie. Stał na swoim krześle i z szeroko rozpostarymi ramionami, radośnie wpatrywał się w przybyłego. Nawet słoniki na jego piżamie wydawały się być radosne i uśmiechnięte.
- Zwariował.... - kobieta w granatowej garsonce skryła twarz w dłoniach.
CDN...



Komentarze
Pokaż komentarze (2)