kemir kemir
1050
BLOG

Po co komu konwencje wyborcze?

kemir kemir Wybory Obserwuj temat Obserwuj notkę 60

Co sobotę to samo: krasomówcze popisy partyjnych liderów na spędach partyjnego planktonu, który karnie klaszcze po każdym przecinku przemawiającego lidera.


Konwencje wyborcze, od kilku lat organizowane iście " po amerykańsku",  mają oszołomić widza rozmachem, hollywoodzkim blichtrem i euforią uczestników spędu. Z jednej strony dobrze, że okres przedwyborczy z nudnych nasiadówek przesiadł się na huczne konwencje, ale z drugiej rodzi się pytanie:  czy coś lepszego - ba , dobrego w ogóle - wynika  z tych konwencji dla wyborcy?


Otóż wątpię. Zdecydowani wyborcy, którzy mają od dawna określone preferencje wyborcze, konwencji nie potrzebują. Niezdecydowani i tak decyzje wyborcze podejmują praktycznie przy urnie i konwencji nie oglądają, uważając je za stratę czasu. O ewentualnych "przełomowych" obietnicach wyborczych krasomówczych liderów i tak dowiedzą się z mediów.


Na nowy poziom organizacji imprez partyjnych, czyli konwencji w stylu amerykańskich, pierwszy wszedł PiS, przy okazji kampanii prezydenckiej, w której Andrzej Duda znokautował miłośnika bigosu, ortografii, japońskich krzeseł i pilnowania żon - Bronisława Komorowskiego. Na ile rozmach tych konwencji zdecydował o zwycięstwie Dudy, trudno wyliczyć, ale można śmiało przyjąć, że na siermiężnego mieszkańca Ruskiej Budy była to bomba atomowa. Dziś formułę "atomowych" konwencji przyjęły wszystkie partie, problem tylko w tym, iż niektórym konwencja pasuje jak poszetka do kożucha. Na dziś - pomimo mojej krytycznej opinii na temat konwencji w ogóle - widać, że pod względem formy i rozmachu PiS zostawiło w tyle konkurencję. I to daleko. Formacja Jarosława Kaczyńskiego nie tylko nauczyła się robić tego typu konwencje w amerykańskim stylu, ale próbuje ten styl modyfikować - od hollywoodzkiego blichtru, po spokojną dyskusję przy scenicznym stole. To robi wrażenie i pokazuje, że pomysły PiS na "sprzedanie" swojego programu są różnorodne i kreatywne.


A reszta? Poza konwencją założycielską "Wiosny" Roberta Biedronia jest siermiężność Ruskiej Budy. Konwencja założycielska "Wiosny" na Torwarze została przeprowadzona w iście amerykańskim stylu, kto wie, czy nie lepszym niż słynne konwencje Dudy. Były piosenki (np. "Ale to już było Maryli Rodowicz"), animacje, filmy, przemówienie lidera i konfetti. Tak Robert Biedroń przedstawił nową siłę polityczną w Polsce. Problem w tym, że skórka nie była warta wyprawki, bo Wiosny już praktycznie nie ma - chociaż Biedroń swój cel osiągnął: jest na lukratywnym fotelu europosła. Wniosek? Konwencje są dla promowania partyjnych liderów, dla gawiedzi to tylko tylko chwilowa strawa, sycąca na chwilę - jak buła z Mc Donalda.


Niestety, promowanie liderów różnie wychodzi. Promował się Schetyna, u którego w każdym zdaniu pojawiało się słowo "pis". Podobno tak to weszło liderowi(?) POKO w krew, że sejmowym barze zamawia wódkę słowami "barman, setkę pis". Tak się biedak wypromował, że siedzi w szafie - i  to tylko dlatego, że nie ma w niej Tuska. Małgorzata Kidawa Błońska promuje się na orędowniczkę miłości wszelakiej ( politycznej) ale poza oklaskami planktonu zyskuje co najwyżej opinię dobrego "wodzireja" stypy pogrzebowej PO , której nie ożywi ani konfetti, ani animacje, ani filmowe spoty. Pani Małgorzata to bez wątpienia atrakcyjna kobieta - dla przyciągnięcia uwagi wyborców mogłaby zrobić jeszcze striptiz, ale to już raczej nie te lata i nie ten charakter - wszak to kobieta z klasą, co chętnie przyznaję.


Kosiniak - Kamysz- Kukiz, czyli hydra "obrotowych" i "antysystemowych" frustratów, poszedł śladem Heraklita z Efezu, stawiając na tezę, że wszystko płynie ( panta rhei) - głównie poglądy i postawa. Wygląda na to, że -  owszem - popłyną w polityczną czarną dziurę. Kukiz co prawda może jeszcze zaśpiewać, chociaż Marylą Rodowicz nie jest i już nie będzie. Co może Kosiniak- Kamysz nie wiem. Chyba tylko zanucić do Pawlaka " panie Waldku, pan się nie boi". Czarzasty przypomina natomiast Chruszczowa - radzieckiego polityka i  I sekretarza KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego w latach 1953–1964 i premiera ZSRR w latach 1958–1964.  Tylko patrzeć, jak jego wzorem Czarzasty zdejmie but i zacznie nim uderzać w mównicę, miotając obelgi. Pytanie tylko, jak bardzo pocą się stopy liderowi Lewicy i czy jest to zapach do zdzierżenia,  bo na razie czuć tylko komunę.


Na co zatem i po co konwencje? To dobrze skonstruowane narzędzie walki wyborczej, ale to trochę tak jak z kolokwialnym i trochę prostackim powiedzeniu o samochodach marki Ford: do Forda musi być morda ( bez urazy dla posiadaczy Fordów). Jeżeli Ford to konwencje, to mało kto na polskiej scenie politycznej do konwencji pasuje. I to byłoby na tyle.


kemir
O mnie kemir

Z mojego subiektywnego punktu widzenia jestem całkowicie obiektywny.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (60)

Inne tematy w dziale Polityka