Przez lata żyłem tak, jakby inni mieli większe prawo do mojego życia niż ja sam.
Ich oczekiwania były moim obowiązkiem.
Ich opinie były moją prawdą.
Ich marzenia były moim kierunkiem.
Nie pytaj, dlaczego tak późno.
Człowiek budzi się dokładnie w tym momencie, w którym ma siłę udźwignąć prawdę o sobie.
Ja wcześniej tej siły nie miałem — byłem zajęty przetrwaniem, rolami, maskami, próbami dopasowania się do świata, który nie był mój.
To była walka o tlen, nie o życie.
Aż pewnego dnia zrozumiałem, że to nie jest życie — to jest cyrk.
I zwolniłem się z tego etatu.
Przedstawienie skończone.
Zabiłem w sobie potrzebę bycia lubianym.
To najzdrowsza rzecz, jaką dla siebie zrobiłem.
Bo dopiero wtedy zobaczyłem, że nie muszę być wszystkim dla wszystkich, żeby być kimkolwiek dla siebie.
Od teraz nie całuję rzeczywistości po rękach, nie błagam czasu, żeby mnie nie zostawił.
Przyjmuję doświadczenie takim, jakie jest — ostre, prawdziwe, moje.
I idę właściwą stroną, mimo zakrętów, mimo upadków, mimo chwil, kiedy świat próbuje mnie znowu wciągnąć w swoje role.
Nie stracę tożsamości.
Nie oddam swojego znaku.
Będę go niósł — z siebie, nie z oczekiwań innych.
Teraz jestem ja.
Nie rola.
Nie maska.
Nie projekcja.
Ja — Marcin — obudziłem się.


Komentarze
Pokaż komentarze