Jak to możliwe, aby Jarosław Kaczyński pokrzykując w manierze szaleńca, obnosząc się ku zdegustowaniu swoich co bardziej wyważonych kolegów z rozpaczą po tragedii smoleńskiej i dopominając się w prostych słowach sprawiedliwości wciąż zachowywał dla swojej partii Prawo i Sprawiedliwość ciągle te same, stabilne notowania?
Nad tym problemem najpewniej głowią się najwybitniejsze z najznakomitszych mózgów działu propagandy partii rządzącej, może nawet poświęcają mu chwilę rachityczne przybudówki własnoprzemysłowe partii pozostałych. Jak to jest, jak moze być?! Przecież szli z pochodniami nocą zawodząc jakieś grobowe pieśni, przecież wyraźnie nie był miły, był przykry. I tyle transmisji okraszonych komentarzami, tyle sprzecznych komunikatów zlączonych jedną wspólną tezą, a to poparcie jak było, tak jest, a o nie przecież wszystkim chodzi.
A potem opowiadał o jakichś papierosach, o przypalaniu komuś szyi, a nawet gorsze rzeczy mówił, o ... strach nawet powtórzyć. Maksimum wulgarności w publicznej debacie, choć okazało sie, że człowiek, który zmarł od uderzenia podczas czuwania przed krzyżem smoleńskim doczeka ekshumacji, a sprawcy zostaną byc może postawione zarzuty.
Owszem, taka postawa wzbudza akty agresji u jego przeciwników, bo on powinien juz dawno zapaść się, zniknąć. Jego nie powinno być, tak we własnej partii, jak na ekranach telewizorów. Nie powinni mu pozwolić na takie publiczne obnażanie bólu. W kulturalnym kraju demokratycznym, kiedy odbyły sie pogrzeby z zachowaniem wszelkich stosownych reguł obrządku.
A ja pytam, bo lubię, kiedy i kto wyjaśni tę tragedię? Może on musi mówić tak, jak mówi, aby zupełnie o niej nie zapomniano? Chociaż czasami wydaje się, że to właśnie przypominanie jest Kaczyńskiego największą wadą.
I tak to jakoś wychodzi, że on nie jest z tą potrzebą sam. Ma jeszcze jedną czwartą wyborców jeśli wierzyć sondażom.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)