Zacznę od tego, że we własnym mniemaniu jestem osobą niesamowicie wręcz ugodową. Owszem, kiedy pojawiają się kwestie sporne, wejdę w dyskusję, poznam różne punkty widzenia, czasem będę bronić zdania, którego jestem pewna - chyba, że ktoś mnie przekona, a wtedy chętnie czy nie, uznam jego rację. Ale postaram się zawsze, aby dialog przebiegał w atmosferze wzajemnego szacunku.
Oczywiście istnieją granice ustępstw, jednak są one na tyle daleko, że naprawdę rzadko zdarza mi się do nich zbliżyć. Widząc, że nie ma szansy na porozumienie ustapię, kiedy problem dotyczy mnie samej.
Dlaczego takiej postawy, sądzę, że dość naturalnej wśród pracownków, członków rodzin czy znajomych, przyjaciół nie można znaleźć wśród naszych polityków? Czasem wystąpią jej pozory, złagodzenie przekazu warunkowane kulturą, której trudno całkowicie zaniechać na skutek nawyku czy nawet przekonania.
To, o czym piszę, nie jest żadną rewelacją ani spostrzeżeniem na tyle świeżym, aby poświęcać mu osobną notkę, jednak zdecydowałam się poruszyć temat ze względu na jednak pewną nietypowość tkwiącą w znanej powszechnie postawie polityków zasiedlających polski parlament czy budynki rady ministrów oraz na konsekwencje tej postawy, których tak politycy, jak sekundujące im media zdają się nie spostrzegać.
Bo to nie jest normalne, aby europosłowie powracający z brukselskich wojaży opowiadali zaszokowani, jak bardzo "tam" jest inaczej; że "tam" każdy każdego wysłucha i szuka ... właśnie kompromisu niezależnie od stopnia rozbieżności poglądów czy interesów reprezentowanych krajów. U nas kompromisu nie szuka żadne z ugrupowań. Ani Platforma Obywatelska, która korzysta z każdej okazji, aby konflikt wzmacniać, ani Prawo i Sprawiedliwość, które manifestuje swój totalny protest wobec władzy, ani PSL pozornie ugodowy, a naprawdę zajęty zapewnianiem sobie bezpiecznej bazy wypadowej i skłonny do ostrej obrony swoich racji, kiedy pojawi się dla nich zagrożenie; ani SLD chętnie krytykujący w mocnych słowach, jesli znajdzie okazję.
Panuje u nas model "polityki pyskówek", maksymalnego zaogniania nawet drobnych niezgodności, dowodzenia "do upadłego" że "my jesteśmy dobrzy, a reszta to dno". Już dawno przestały istnieć granice, do jakich można posunąć się w wyolbrzymianiu wad konkurencji, przejawem powszechnej akceptacji stylu uprawiania polityki jest praktyczny brak spraw sądowych za obrazę kogokolwiek, bo politycy obrażają się nieustannie, ale planowo - po zasięgnięciu opinii prawnej - unikając zbyt dosadnych wyzwisk.
Nie ma zgody na istnienie PiS, nie ma zgody na istnienie PO. Tylko tak, albo tak! Zupełnie brak możliwości kompromisu, jest go brak do tego stopnia, że widzą to wyborcy i albo całkowicie przestają śledzić doniesienia o poczynaniach parti, co jednak nie chroni ich przed wiedzą o charakterze ich relacji albo chcąc tego czy nie przejmują w całości stresującą, radykalną postawę nie do końca to sobie uświadamiając.
Zaczynam zastanawiać się, czy nienaturalne zachowanie polityków nie zaczyna wpływać na codzienne życie obywateli, na ich wzajemne reakcje. Czy ci, którzy jednak śledzą doniesienia na temat politycznych wydarzeń nie przenoszą zaobserwowanego, prezentowanego właśnie jako naturalny modelu relacji do swojego życia.
Nieustępliwość w rzeczach drobnych, płynące z ekranów telewizorów przyzwolenie na życie w permanentnym konflikcie i traktowanie tego jak swego rodzaju normę... atmosfery, jaka panuje obecnie, nie było w naszym życiu publicznym nigdy. Zawsze było wiadomo, kto przyjaciel, a kto wróg, podział był uzasadniony i zrozumiały dla każdego. Dzieliły sprawy ważne, sprawy bytowe, bliskie każdemu, nie było permanentnej nerwowości i przekonania, że można jeszcze pozwolić sobie na bardzo wiele w obrażaniu drugiej strony. Było wiadomo, że konflikt może skończyć się źle, teraz tego poczucia nie ma. Jest swoiste przyzwolenie, jakby zatraca się instynkt samozachowawczy. Bo skoro politycy mogą sobie wyrządzać najprzeróżniejsze krzywdy, a potem jak gdyby nigdy nic spotykać się, obradować, funkcjonować, to znaczy, że tak być ma prawo; jest to do przyjęcia.Tak, jak w grze komputerowej, gdzie gracz ma kilka żyć i nawet, jeśli zginie, to jeszcze jakieś życia ma w zapasie czyli nie martwi się specjalnie utratą i podobnie myśli o przeciwniku, którego może zabić wiele razy, a ponownie pojawi się przy następnym uruchomieniu programu. Przypuszczam, że z takiego myślenia wynikły akty przemocy przed Pałacem, dewastacje w różnych miejscach kraju czy ostatnie zabójstwo polityka PiS.
Zagrożenie jest, bo ktoś może nie wytrzymać. Bo nie ma gry komputerowej, wszystko dzieje się naprawdę i stracić kontrolę mogą jeśli nawet nie politycy o skórach grubszych, niż nosorożca, to zwykli obywatele. Ludzie "wkręcani" przez polityków, przez media, zmieniający swoje codzienne zachowania. Ci, ktorzy uważają za zabawne wysyłanie kretyńskich i okrutnych maili ośmieszających przeciwnika politycznego, ci, ktorzy piszą nie martwiąc się czytelnikami, odwolujące się do najniższych instynktów komentarze na forach politycznych, stanowili margines, zagrożenie którego nie traktowano poważnie, ale obawiam się, że obecnie jako społeczeństwo wchodzimy w fazę, w której tego rodzaju emocje zostają zaadaptowane i przenoszą się - już teraz czy za jakiś czas - do codziennego życia.


Komentarze
Pokaż komentarze (24)