Nie mam pewności, czy uda mi się wyrazić to, co bym chciała. Sprawa naprawdę trudna, bo niby nic nowego, a jednak ważne, ważne coraz bardziej.
Kiedy po przemianie ustrojowej cieszyliśmy się odzyskaną wolnością, funkcjonowały grupy niezadowolonych, nieco oszołomskich, podejrzewanych nawet o działalność agenturalną dla ich nadgorliwości. Szef KPN okazał się zresztą byłym współpracownikiem, pojawiały się opinie o niejasnej przeszłości założycieli Radia Maryja.
Nikt nie zarzucał - może w żaden sposób nie mógł - niejasnych powiązań Macierewiczowi czy Olszewskiemu, jakoś tam funkcjonowali w społecznym odbiorze po "Nocnej zmianie", kiedy to nie nowe wybory, a decyzja prezydenta Wałęsy przesądziła o odwołaniu rządu i ukonstytuowaniu gabinetu Pawlaka.
Powszechną była wówczas opinia, że Macierewicz i społka to nadgorliwcy, choć krążyły plotki o Jarosławie Kaczyńskim niejasno powiązanym z aferą FOZZ. Niemniej wszyscy "oni" tworzyli obóz solidarnościowy, wyzwoleńczy i przez długie lata linia podzialu sympatii społeczeństwa przebiegała pomiędzy "nimi" jako całością a "potomkami" PZPR reprezentowanymi to przez SLD, to - jak mówiono - Samoobronę czy PSL.
Nie bardzo postepował proces lustracji, ale Michnik funkcjonował jako były więzień socjalizmu, a Wałęsę każdy pamiętał z transmisji i licznych zdjęć z dawnych stoczniowych czasów.
To, co zrobiła "Solidarność" uważano za dobre, choć dawano zwolennikom dawnego systemu - w założeniu, że niejako zagubionym - prawo do popierania tak zwanej polskiej lewicy. W 2005 jednak lewica osiągnęła wynik mizerny i znikła z pierwszego szeregu władzy.
Od tego czasu - i tu zaczyna się właściwy tekst - postępuje coś, czemu nie umiem nadać nazwy; nie mam pewności, czy potrafię to nawet opisać.
Na początku światło dzienne ujrzały oskarżenia, że historia, jaką przekazywano, była zafałszowana. Zaczęto mówić wyraźnie i dużo o cenie, jaka została zapłacona za okrągły stół, pojawiła się służba, która zaczęła badać sprawy, jakich badać chyba nie powinna, na nowo rozgorzały spory dotyczące miejsca byłych tajnych współpracowników w życiu poblicznym. A potem rozpoczęła się walka w obronie oskarżanych, wyciąganych na światło dzienne.
Zaczęto doceniać bohaterów "Solidarności", o których wcześniej było cicho jak makiem zasiał, wyciągać ich z kolei do pierwszego szeregu bohaterów i okazało się, że znani dotąd byli tylko nielicznymi spośród autorów, a uhonorowanie należy się również wielu innym.
I oto co się dzieje: okazuje się, że "Solidarność" tak naprawdę nie miała aż takiego znaczenia, skoro tworzyli ją również Walentynowicz, Gwiazdowie czy Lech Kaczyński. Prezydent Komorowski wyciąga pomocną dłoń do generała Jaruzelskiego podpierając się własną działalnością polityczną, z ktorej powodu został internowany. Ludziom, którzy od lat zbierali się pod domem generała odechciewa się tego robić, bo wybierają się tam również zwolennicy nie tych z Solidarności, którym niegdyś przyznano status bohaterów.
Wygląda to tak, jakby nie mogąc utrzymać dawnego obrazu dziejów skoro sprawa nieco innego, niż twierdzono ich przebiegu się rozniosła władze zdecydowały zdeprecjonować wcześniej popierane wartości aby tylko nie stanąć razem z obecnym przeciwnikiem politycznym. Być może taki rzeczywiście jest cel obecnie rządzących ugrupowań, ale nie można wykluczyć, że to również jedyna metoda utrzymania status quo: wyparcie się własnych poglądów sprzed lat, bo nie chcę myśleć, że zaprzestanie udawania, iż kiedykolwiek takowe się posiadało.
W partii wywodzącej się z obozu "wyzwoleńczego" akceptowano żarty z prezydenta, kiedy już zginął, choć był demokratycznie wybrany i nikt nie mógłby stwierdzić, że był w jakimkolwiek stopniu zdrajcą interesu publicznego. Znieważając jego działania konsolidujące Partnerstwo Wschodnie w rezerwie wobec Rosji zaprzeczano temu, co jak najbardziej wchodziło w ethos Solidarności: utrzymaniu niezależności kraju, rozbiciu bloku socjalistycznego pod przewodem ZSRR, ktora przecież nie znikła, przekształciła się tylko po okresie "wypaczenia nie" zmieniając nazwę, lecz zachowując u władzy pułkownika KGB.
Może nie widać tego wyraźnie, ale teraz - własnie teraz - znów przechodzimy swoistą przemianę. Obecnie już nie mówi się o wadze interesu kraju tłumacząc, że o nim mówiła opozycja polityczna, "każe się" potepiać wartości, jakie ona wyznaje włączając w pakiet coraz to nowe, co do których, wydawałoby się, nigdy nie będzie dyskusji. Cały kraj emocjonował się wizyta prezydenta Rosji jako wspaniałym wydarzeniem, choć sledztwo w sprawie tragedii smoleńskiej prowadzone przez stronę rosyjską urąga podstawowej racji stanu i Polska podpisała z Rosją umowę gazową maksymalnie dla nas niekorzystną i uzależniającą kraj w stopniu, jaki teraz nawet trudno przewidzieć. Słychać, że tarcza antyrakietowa, która pierwotnie miała stanowić część systemu NATO być może również znajdzie się pod kontrolą rosyjskiego wojska.
A interepretację tych zdarzeń uzależnia się wciąż od reakcji na nie tych, którzy kontestują obecną władzę. Robi to społeczeństwo przyuczone, że to, co PiS, jest złe czy nawet ściślej (skoro pojawiła się wolta PJN), co robi Jarosław Kaczyński.
Niewątpliwie na efekt złożyło się wiele czynników, ale nie zdziwi mnie, jeśli usłyszę, że można kraść czy zabijać, bo przecież Jarosław jest przeciw. A Rosja, Czerwonoarmiści, FSB czy co tam jeszcze nie będą razić w gloryfikacjach prezydenta Komorowskiego, bo "w porównaniu" są tymi "dobrymi"; bo wychwalając je osłabia się PiS.
SLD miała znacznie mniejsze ambicje, wystarczała jej niewinna polska mafia. Ciekawe, czy płomienni krytycy Prawa i Sprawiedliwości, do którego coraz łatwiej przychodzi dołączać wszystkich, którzy nie wspołczują generałowi jednemu czy drugiemu oraz nie odczuwają potrzeby bliskiej więzi z Rosją Putina, wiedzą, co robią. Czy kontrolują postęp, zakres zmian, którym jeszcze będą gotowi przyklasnąć aby tylko ... nie zmienić status quo.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)