Kiedy faszyści w Rzeszy organizowali swoje marsze, nie było stacji telewizyjnych dowodzących, że są one faszystowskie, że nawołują do rozpętania II WŚ. Na szczęście obecnie mamy TVN, która "dmucha na zimne" ze swadą i bez najmniejszego stresu przyrównując marsze pamięci w rocznicę tragedii smoleńskiej do początków największej wojny światowej.
Faszyści skończyli kiepsko i choć bywa, że odradzają się w postaci niewielkich organizacji, świat cały pilnuje aby nie zagrozili kolejny raz pokojowi rozwiniętych społeczeństw.
Całkiem inaczej ma się powszechny stosunek do komunizmu, klęska Hitlera nie stała sie bowiem klęską Stalina, choć obecna Rosja zdecydowała się raz jeszcze stwierdzić, że potępia zbrodnie swoich własnych komunistów z sezonu okołowojennego. Mauzoleum Lenina ma się dobrze, podobnie jak pomniki Stalina czy Berii.
Ale ja nie chcę pisać znów o Rosji, tylko znów o fenomenie "złego PiS"; teraz w aspekcie konsekwencji jakichkolwiek protestów przeciwko obecnej sile przewodniej, to jest władzy.
Bo zaczynam coraz intensywniej odczuwać obawę przed dowolną jej krytyką już nie dlatego, aby ktoś zarzucił mi "oszołomstwo" czy brak wyczucia mody; nie dlatego, aby nie spotkały mnie dowolne konsekwencje w postaci ostracyzmu czy, gdyby zdarzyło mi się uczyć albo pracować w miejscu, w którym poglądy polityczne miałyby znaczenie, utraty posady czy pogorszenia ocen.
Obawiam się obecnie tego, że mój protest zostanie usłyszany. Bo nasza władza ma nową metodę radzenia sobie z negatywnymi uwagami: niszczy podstawę dla nich.
Wystapię, załóżmy, z apelem o ochronę wolności prasy. I uzyskam odpowiedź, że takiej wolności nie ma nigdzie a zresztą w czym problem. Juz nie usłyszę, że jak to, przecież jest. Nie ma i to jest w porządku. Koniec tematu.
Spytam o emerytury i dowiem się, że przecież teraz są wypłacane, ale muszę być nastawiona na to, że ZUS czy inne OFE oczywiście nie zapewnią mi utrzymania i ... przecież powinnam oszczędzać, nie jestem dzieckiem.
Wspomnę, że mamy ogromny dług publiczny i dowiem się, że owszem, mamy; nikt nie mówi, że nie. Na tym wymiana uwag się zakończy.
Jeśli zacznę domagać się, protestować, pokrzykiwać, zostanę słusznie oddzielona od obiektu, który obiorę za miejsce protestu, może też zatrzymana w areszcie za zakłócanie porządku. Ale nie powinnam się dziwić, każdy kto burzy ład, musi być na to nastawiony w państwie demokratycznym, w ktorym inni obywatele chcieliby móc przechadzać się w spokoju i ciszy.
Jeśli będę się upierać przy swojej racji, to albo nikt o moim stanowiku nie usłyszy, albo okaże się, jakie błędy popełnili (lub mogli popełnić) moi przodkowie albo ja sama - rzecz jasna po ukazaniu się informacji nikt nie bedzie zawracał sobie głowy sprostowaniami - albo usłyszę, że czepiam się bezbronnych, "grzebię" w przeszłości; opcjonalnie podważona zostanie moja równowaga psychiczna, zależnie od konceptu wykazana moja niezaradność życiowa albo nadmierna zaradność, brak wykształcenia czy przesadne wykształcenie podejrzane z samej natury rzeczy. Jeśli uda mi się zaistnieć z krytyką dość intensywnie, odpowiedzialność za moje wichrzycielstwo zostanie przypisana PiS i wszyscy będą ubolewać, dlaczego Jarosław Kaczyński nie zrobi ze mna porządku. W końcu, jeśli będę upierać się dalej, zostanie zlikwidowany przedmiot mojego uporu - dowiem się, że nie ma sprawy, a ja bezmyślnie wykrzykuję nie wiadomo, po co. Zniknę z przestrzeni publicznej razem z moim protestem.
To, że dostanę zgodę na manifestację w danym miejscu i dniu nie sprawi, że będę miała jakikolwiek wpływ na ton komentarzy medialnych mojej demonstracji dotyczących. Zależnie od trudno powiedzieć, czego, manifestacja może wcale nie pojawić się w mediach, zostanie zaprezentowany dowolnie wybrany przez stacje fragment albo przeczytam artykuł od początku do końca rozbieżny z jej przebiegiem. Mogę dowiedzieć się choćby, że krwiożercze bestie omal nie podpaliły pałacu kultury albo że przed PKiN odbył się happening młodzieży "Światło i cień" - nie mam na to żadnego wpływu nawet, jesli organizowałam wydarzenie od początku do końca.
W okresie przedwyborczym wciąż pełno było w mediach Pawła Poncyliusza, który jak w jednoosobowym reality - show wyraźnie przezywał rozdarcie pomiędzy PiS a nową inicjatywą. Inicjatywa została zainicjowana.
I na tym skończył się żywot PJN, choć, zdaje się, jej sygnatariusze coś robią, spotykają się, występują z pomysłami. Stowarzyszenie (moze już klub) jako swoje uzasadnienie podawało krytykę obecnej władzy. Tej krytyki jednak nie słychać wcale - czy bo jej nie ma, czy brak mediów, które jej emitowanie mogłoby zainteresować, trudno powiedzieć. Jedynym efektem ruchu, jaki wokół załozycieli powstał okazało się osłabienie wyniku wyborczego konkurencji władzy, dzięki czemu obie rządzące partie uzyskały naprawdę spektakularnie wysokie wyniki wyborcze. Czy taki właśnie był cel PJN?
Kiedy już uda się zaistnieć krytyce władzy, okaże się, że efekty krytyki i tak wyjdą na jej korzyść, za to zdeprecjonowana zostanie wartość, jaka do krytyki przywiodła. Lepiej nic nie mówić?


Komentarze
Pokaż komentarze (18)