Czyli zaczekałem, aż wszyscy wyjdą z redakcji. Chciałem napisać coś naprawdę ekstra, coś, po czym moje nazwisko rzeczywiście nie będzie schodzić z ust wszystkich. Sprawa jasna, dobre dla sprzedaży, szef mnie pochwali. I zacząłem... ale jak mi szło! Liczy się pomysł, choć wiem i to nie tylko ja przecież, że umiem pisać. Ale nie każdy to przyzna, tu u nas każdy pisatiel, jak w jakimś teatrze czy burdelu: wszyscy dobrzy, świetni. A najlepsi w nasiadówkach z rednaczem. Te miłe uśmieszki, może podrzucić albo herbatki zrobić...
Liczy się pomysł, a ja go miałem. łatwizna, żaden problem. No problem, różne sie rzeczy w końcu pisywało.
A potem rzeczywiście, szef wrzucił bez gadania, bo i na temat, i w czasie dobrym. Porządne, ostre dziennikarstwo, każdy ma swój pogląd, liczy się czytelnik, uwaga czytelnika. Bo my to przecież dla niego wszyscy, zresztą wiadomo.
Niektórym zaraz się nie spodobało, ale to norma. Tylko, ze potem jakoś dziwnie zaczęli na mnie patrzeć, nawet ta nasza pani Zosia od xero - w zyciu bym nie pomyślał, ze toto cokolwiek czyta. I zaczęły się jakies takie dziwne uwagi, zamilknięcia, kiedy wchodziłem do kuchenki. No bez przesady!
Nacz nic nie mówił, dalej nie mówi i to się liczy. Jest dobrze, a co mnie oni obchodzą! Przecież gorsze rzeczy piszą, wyssane z palca, no naprawdę!!!


Komentarze
Pokaż komentarze (1)