W zasadzie to nie wiadomo, czy zdążę ją opowiedzieć do północy, kiedy to święto całkiem się zakończy. Ta niepewność moglaby skłonić mnie do zaniechania opowieści, zwłaszcza, że wcale nie wiem, o czym będzie, czyli może być o czymś długim czy bardzo długim. Albo długo może potrwać przedstawienie historii nawet krótkiej, ale przecież tylko pozornie z powodu wielości wątków ubarwiających fabułę. Nie wiem, czy zdążę opowiedzieć baśń również dlatego, że z wystukiwaniem kolejnych słów oczy coraz bardziej mi się kleją, usta nie potrafią powstrzymać ziewania, a na obraz białej kartki zaczynają nakładać się ruchome, pełne kolorów kształty nieco podobne do snującego się z lampy dżina w swoim rozmyciu konturów. Słychać tętent kopyt końskich, a może zebrzych - nie wadomo, kiedy ich nie widać. Szum samochodów najpierw przybliżających się z sykiem, potem ujeżdżających w dal jak podmuch wiatru; głośnych, jakby były suszarką czy wentylatorem - o, ten jest prawdziwy! Słychać go wyraźnie, podobnie ciche rozmowy gości "ogródków", dla których kiedyś zanocowałam w hotelu przy samym deptaku na Krupówkach. Ten gwar jest wszędzie taki sam, potrzeba do niego letniej nocy, centrum miasta...
Kiedyś, takiego wlaśnie wieczoru, ciepłego jak dziś, z cichych szczelin mostów, z parkowych pagórków zeszły się dzieci. Było ich kilkoro, każdemu zdarzyło się już wcześniej posiedzieć dłużej, nie wrócić do domu. Bywało też, że prosiły o drobne albo słodycze turystów spacerujących ulicami, które dla dorosłych stanowiły źródło architektonicznych wzruszeń, a im były domem - jednym wielkim placem zabaw łączącym podesty zabytkowych kamienic. W domu nie dostawały słodyczy, nikt nie słyszał o kieszonkowym, czasem to, co przyniosły, było jedynym jedzeniem dla mamy albo dziadka. Nigdy też nie było pewności, czy nie dojdzie do eksmisji, bo ich rodzin nie było stać na płacenie czynszu, ale to nie było zbyt ważne latem.
Rzucały kamyczki o mur wysokości małego drzewka, które rosło niedaleko, na trawniku przy zbiegających stromo schodkach. Murek był naprzeciwko, z góry sączyło sie światło palone na zewnatrz restauracji, spory brązowy pies biegał od niechcenia w pobliżu. Nie zaczepiał ich, ani one nie zaczepiały jego. Schodkami już od dawna nikt nie schodził. Prowadziły na pobliski parking, na którym było pusto o tej porze. A potem ktoś zagwizdał. Ale nie tak: "fiu, fiu", ani przeciągłym: "ziuuu!" na dwóch palcach! W wieczornym powietrzu dźwięk rozległ się jak melodia bez nut, trel fletu albo przeciągnięcie smyczkiem po strunie wiolonczeli. Pies stanął jak wryty strzygąc tylko uchem z pyskiem zwróconym w stronę szczytu schodków. Zamarł na krótką chwilę, podczas której na górze pojawiła się jakaś postać w kolorowych szatach. "Drdzyńńń' - zaśpiewał teraz wyraźnie flet trzymany przez grajka. I nagle wśród tańców, przy dźwiękach lutni i trójkątów, wśród nawoływań, ech i pogłosów kretym krużgankiem poczęły sunąć w pląsach barwne postaci. Rosłe i mniejsze, w maskach i bez masek, wśród brokatu, cekinów. Tu srogi pirat w bluzie w paski, z antałkiem rumu, tam mlodzian w surducie, z pocieszną małpką na ramieniu, potem dziewczęta w sutych, falujących po brzegach sukniach pomarańczowych i czerwonych, fiołkowych i niebieskich; potem potwór, ale taki niegroźny, trochę podobny do lwa o ciele smoka na czterech nogach, w dwu parach różnych butów...
Z grupą kuglarzy pojawiło się światło, jak oni kolorowe. W strugach fioletów i żółcieni, cynobrów, lazurów i róży, zielono jak w najgłębszym borze wędrowały plamy to chowając, to odkrywając dzieci wpatrzone, nieruchome ze zdziwienia, ale spokojne, nawet przez mgnienie bez myśli, aby uciekać. Jeszcze dźwięki tamburynów i wesoła cyganka zanuciła pieśń do tańca, w której słowa były jak melodia. Za nią przefrunęły ptaki, furkoczące papużki, zwykłe wróble, kosy i sroki, ale potem perłowe gołębie. Po nich od razu kilku czarnoksiężników machających oszczędnie różdżkami czarując erupcje płótna białego i złotego, kicające króliki i fajerwerki jak sztuczne ognie na Boże Narodzenie. Schodzili niknąc w dole, jeszcze klucz mew furknął w powietrzu zamykając pochód. Dzieci spojrzały po sobie, dopiero teraz poczuły lęk. Brązowy pies pozostał tam, gdzie wcześniej; teraz leżał spokojnie oparłszy łeb na łapach. Dzieci od rozmów o nim rozpoczęły ciche szemranie półszeptem, świeżo po przedstawieniu. Nikt z nich go nie znał, ale wydało im się dziwne, że nie szczeknął ani razu. Jednak zaraz potem ponownie rozległ się gwizd i tym razem zwierzę wstało aby podążyć ku szczytowi schodów, skąd dźwięk docierał. Zanim znikł, pies odwrócił łeb aby na nie spojrzeć .


Komentarze
Pokaż komentarze (7)