Film Agnieszki Holland w koprodukcji z producentami z Kanady i Niemiec jest filmem świetnym. Opowiada najkrócej mówiąc o przechowywaniu grupy Żydów w kanałach lwowskiej kanalizacji przez czas od likwidacji getta do "wyzwolenia" Lwowa przez Armię Radziecką.
Na początek dosłownie powala scenografia, praca włożona w odtworzenie języka, jakim posługiwały się poszczególne grupy etniczne zamieszkujące Lwów. Przypuszczam wprawdzie, że nie odtworzono całkiem wiernie niuansów leksykalnych, bo nie chce mi się na przykład wierzyć, ze wszyscy nazywali Polaków Polaczkami (czy Paliaczkami albo podobnie); pomyślałam, że tak, jak gwara Polaków sprzed wojny - Polaków lwowskich czy warszawskich - również słownictwa niemieckie, ukraińskie, żydowskie uległy zmianie i mam nadzieję, że również one zostały odtworzone dość wiernie. Zaimponowały mi wstawki takie, jak ta, kiedy Żydzi wołają "sznele sznele" do siebie nawzajem (spiesząc się poganiani wybuchami przy przechodzeniu do kanałów), czy inna, gdy Żydówka mówi raz po niemiecku, innym razem mieszaną gwarą polsko - żydowską. Przepiękne scenografie, odtworzone tablice reklamowe na budynkach, zabawki, odpowiedni brud - aż żal, że tak doskonałe rekonstrukcje musiano niszczyć, postarzać aby nadać im pozory użytkowania. Ubiory również, ale te nasi scenarzyści odtwarzali już realistycznie również w innych produkcjach, choć tu wyglądają autentyczniej, niż w filmie "Katyń".
A potem robota operatorska, świetna przy ciasnych pomieszczeniach, szczególnie powaliła mnie przy scenach zalewania kanałów deszczem: udało się osiągnąc efekt klaustrofobii, nie pamietam lepszych ujęć wody podchodzącej pod strop z ludźmi usiłującymi nie utonąć.
Owszem, w początkowych scenach, jeszcze przed zejsciem do kanałów w kadr weszła, zdaje się, kamienica z fragmentem blachy falistej czy sidingu - ujęcie było krótkie, pewności zatem nie mam. Owszem, nie wiadomo, jak to się działo, że nie gasły latarki licznie posiadane przez Żydów w "kazamatach". Ale wiele więcej nierozwikłanych zagadek nie ma. Możnaby przyczepić się ewentualnie, ze wszyscy oni byli zdrowi choć przebywali w nieogrzewanych kanałach zimą. Ale to naprawdę są drobiazgi wobec autentyzmu wnętrz, zresztą może było im ciepło, bo w ciasnym wnętrzu o powierzchni może dwunastu metrów kwadratowych przesiadywało około dziesięciu osób jedząc, śpiąc , uczac dzieci, bijąc się, śpiewając, uprawiając seks, a nawet odbierając poród.
Kiedyś przenieśli się pod kościół i obchodzili Paschę: oni na dole, podczas, gdy na górze dzieci przystępowały do Pierwszej Komunii.
Były trupy, zgony, nie było raczej scen krańcowego okrucieństwa typowego dla polskich produkcji z lat 90. które miały, jak rozumiem, za cel utkwić w pamięci do końca świata być moze wraz z filmem. Czy raczej taka scena była jedna: żołnierz niemiecki wyrwał Żydowi kosmyk włosów z brody. Nie wiem co to jest z polskim kinem, że musi czegoś takiego choć odrobinę zaproponować, choć zdawałoby się, że warto raczej dążyć do skupienia widza na całości obrazu, niż zamazywać percepcję pojedynczym impulsem raniącym pamięć.
Niemniej scena nie była - zapewne dzięki szerszemu zespołowi i Holland - znacznie silniejsza od reszty ujęć. A w filmie dzieje się i choć - co stanowi naszą słabą stronę od lat - jak to produkcja "z epoki" cierpi na wajdowski uwiąd wyrazistości historii poszczególnych postaci, to Więckiewicz nie daje się zbanalizować i opowiada uparcie swoją historię starając się stworzyć postać, która jest spójna, a jednocześnie żywa, autentyczna.
Socha nie jest złodziejem, tylko pracownikiem miejskim zatrudnionym przy oczyszczaniu kanałów miejskich. Owszem, podkrada w getcie z myślą o przyszłości, ale też pracuje w zawodzie i zarabia. Ma rodzinę i ... ale filmu opowiadać nie będę. Warto obejrzeć, jeśli nie dla fabuły, to dla kolorytu. Powstał na podstawie książki - dokumentu zapisanego przez uczestniczke tamtych wydarzeń.
I jeszcze: to nie jest historia o podłych Polakach i biednych Żydach.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)