2 obserwujących
14 notek
13k odsłon
  327   2

Opowieści okołomorskie 7. Wesołych Świąt.

fot. Autor.
fot. Autor.

Wszystkim moim Czytelnikom życzę najpiękniejszych Świąt Bożego Narodzenia. Wigilii wśród najbliższych, spokojnego dzielenia się opłatkiem, niespodziewanych prezentów i wypoczynku po świątecznych przygotowaniach. Szczególnie pozdrawiam Rodziny moich przyjaciół marynarzy, w których domu dodatkowe nakrycie na stole oznacza, że ktoś najbliższy jest właśnie w rejsie.

Mam nadzieję, że mają lepszą pogodę, niż ta którą opisuję poniżej.



 W sztormie


„Tradycyjnie w sezonie jesienno-zimowym na Atlantyku występują doskonałe warunki do formowania się głębokich ośrodków niżowych. Jest to wynik kontrastu termicznego na tym obszarze między coraz chłodniejszą Arktyką a cieplejszym powietrzem napływającym z południa”.

Tak pisał październiku 2020 roku portal „DobraPogoda24.pl. 

O pogodzie w „głębokim ośrodku niżowym” można powiedzieć wszystko oprócz tego, że jest dobra. W takiej pogodzie wielkie kontenerowce, których kapitan mimo wszystko postanawia iść przeciw fali z pełną szybkością, dopływają do portów Wschodniego Wybrzeża USA z dziobami wykrzywionymi i pogiętymi, jakby uczestniczyły w walce kogutów. Na ogół też brakuje im kilku kontenerów, które fala zgarnęła z pokładu, nic nie robiąc sobie z łańcuchów, którymi były zabezpieczone.

24 grudnia 1992 roku byliśmy o dwa dni drogi od Baltimore. Płynęliśmy z Hiszpanii z ładunkiem stali. Statek: niewielki masowiec 1600 NRT (netto register tons), nieco poniżej 100 metrów długości, moje pierwsze dowództwo. Posuwaliśmy się naprzód z prędkością około dwóch węzłów. Przy spokojnej pogodzie naszą podróżną prędkością było 14 węzłów. Zmniejszyłem obroty śruby w niewielkim tylko stopniu. Morze samo nie pozwalało nam płynąć szybciej. Płynęliśmy naprzód rytmem nadawanym przez ocean. Prosto z dziobu nadchodzi fala wysokości pięciu metrów. Bywają mniejsze, czterometrowe, ale też i sześciometrowe. Ale najczęściej mają na moje oko około pięciu metrów. Przed samą falą tworzy się jakby rów, a potem statek ciężko podnosi się na jej szczyt. Dziób unosi się w górę, mamy dobrych kilkanaście stopni przegłębienia, podejście do przodu mostku robi się strome. Statek nie zdąży wspiąć się na sam szczyt fali, więc w ostatnim momencie zostajemy poczęstowani potężnym prysznicem idącym od samego dziobu, przez pokrywy ładowni i uderzającym w okna mostku. Przez moment nie widzimy nic, po chwili się przeciera, a my już jedziemy w dół, żeby gwałtownie uderzyć całym kadłubem w dolinę między falami a dziobem w już nadchodzącą następną falę. Od tego uderzenia statek cały się trzęsie, herbata wylewa się z kubka trzymanego w ręce, a wszystkie urządzenia dygoczą tak, że boimy się, iż urwą się z zamocowań. 

I potem da capo al fine, czyli jak mówią muzycy, powtórka od początku do końca. Tak to trwa godzinę, 10 godzin, dzień, dwa, trzy. Człowiek zaczyna myśleć, jak długo jeszcze. Jak długo statek wytrzyma te nieustanne uderzenia. Patrząc na to, co dzieje się na zewnątrz, widać wyraźnie, że za burtą statku jest śmierć. Nie ma nic takiego jak kontrolowane opuszczanie małej jednostki przy takiej pogodzie. Zrzucenie tratwy nie gwarantuje dostania się do niej. Otwarte szalupy ratunkowe, jakie mieliśmy, też nie dają żadnej gwarancji. Mogą się roztrzaskać o burtę jeszcze przed opuszczeniem, może je całkowicie przykryć jedna fala. 

Jest wyjście: kuszące, choć ryzykowne. Można spróbować odwrócić statek o 180 stopni, tak, żeby sztorm mieć z tyłu, od rufy. Ale przy tak małej prędkości statku przez dobrą chwilę będzie on wystawiony na falę z boku, z burty. To może spowodować bardzo duży przechył, a nawet statek wywrócić. Jeśli szczęśliwie pokona się ten ryzykowny moment, wtedy jest już łatwiej. Sztorm z rufy jest mniejszym zagrożeniem. Tylko… Tylko po prostu zaczęlibyśmy oddalać się od portu przeznaczenia. I to trzy razy szybciej, niż teraz do niego płyniemy. Nie podejmuję tego manewru. Wspinamy się na kolejną falę.

Sztorm dotyka nie tylko nas. W radiostacji GMDSS na częstotliwości bezpieczeństwa 2182 kHz słychać akcję ratunkową jakieś 400 mil na północny wschód od nas. Ktoś już próbuje ich ratować. My nie możemy zrobić nic. Dotarcie w rejon zagrożonego statku zabrałoby nam dwa dni. Więc nawet nie wolno nam się odezwać przez radio. Tych, którzy nie biorą udziału w akcji ratunkowej, obowiązuje cisza w eterze. Możemy się tylko modlić za kolegów.

Ach, prawda, przecież dzisiaj Wigilia… Kucharz cały poprzedni tydzień coś przygotowywał. Jesteśmy tak blisko Boga w majestatycznym gniewie oceanu, a ja o tym zapomniałem. Sztorm łagodnieje popołudniem w pierwsze święto. Sylwestra spędzamy w Baltimore. 


Notka jest  fragmentem książki "Przepustka na ląd" która w księgarniach ukaże się w styczniu. Na fotografii AHTS "Sanko Baron", którym  kierowałem w latach 2008-2010 (około 12400KM, 152T-bollard pull.)




Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura