Polskie poparcie dla Ameryki spadłoby o kilkanaście procent, gdyby film „Hostel” opowiadał o turystyce tortur i mordu zorganizowanej w Szklarskiej Porębie czy pod Oleckiem, a nie gdzieś na Słowacji. I jestem pewien, że przez całe tygodnie środowiska opiniotwórcze wyjaśniałyby, że u nas takie rzeczy są nie do pomyślenia, że tłumaczyłyby się, że to tylko wizja reżysera i że choć ciemnogrodem jesteśmy, to aż takim – nie! Może nawet premier uśmiechnąłby się z zakłopotaniem.
Padałyby słowa o amerykańskiej podprogowej zdradzie, o tym, że my tu sojusznicy w Iraku, a oni nam taki śmierdzący pasztet wysmażyli, że dopiero teraz czarno na białym mamy optykę Polski w oczach żydowskich magnatów z Hollywood i Bóg jeden jeszcze raczy wiedzieć, co to by się działo i jakie słowa by padały.
Polak czułby się podszczurzony przez dziesiątą muzę, a TVN machnąłby relację z tej Szklarskiej pokazując – wedle potrzeby – albo drwali-pijaków siedzących z fioletowymi mordami i z siekierami na murku albo radosne, wypasione wycieczki turystów na Szrenicę.
Kiedyś zagadnąłem koleżkę ze Słowacji o odbiór filmu w Bratysławie i okolicach, a on powiedział, że wszyscy się cieszą, bo Słowacja sławna jest i sama branża hotelarska zaczęła organizować pobyty a'la „Hostel”, a turyści walą tysiącami. I że to film jest, bo przecież każdy może zobaczyć sobie Słowaka i dojść do wniosku, że to nie morderca. No chyba, że trafi na mordercę, ale to przypadkowo.
Przypadki terrorysty podtapianego na Mazurach przez oficerów CIA wiszą mi sporym kalafiorem. Nie mam zamiaru udawać, że litość we mnie wzbiera wychodząc z założenia, że zarówno sam torturowany jak i torturujący wiedzieli o co chodzi i rozumieli od początku zasady tej gry. Żadnego zresztą polskiego psa z kulawą nogą rzecz by nie poruszyła, gdyby gościa topili pod Bratysławą. A tera rusza, tera debatujo.
Filmu Skolimowskiego opowiadającego o rzekomych czy prawdziwych torturach w Polsce nie widziałem, ale jak się nadarzy, to zobaczę. Wtedy się wypowiem. Do tego czasu powiewać mi będzie drugi kalafior z fabułą związany, bo doprawdy nie wiem, jakby tu można związać polską Rację Stanu z tą produkcją. Jest tam gdzieś Polska spostponowana?
Tymczasem obywatele państwa wysyłającego oficjalnie swoich żołnierzy wraz z armatami do Iraku i Afganistanu odczuwają niesmak, że gdzieś na jego terenie było więzienie dla ludzkich celów ich zbrojnych działań. Na dodatek obywatelom, którym często nie przeszkadzają dokumentalne kadry przedstawiające rzeczywisty rosyjski sabotaż w „śledztwie smoleńskim” przeszkadza fabularna wizja Skolimowskiego.
Inna rzecz, że odbrązawianie Polaków jest sportem miłym i pożytecznym o czym wiedzą pokolenia: śladami Boy'a, Wyspiańskiego czy Gombrowicza, (którym przecież na Polsce naprawdę zależało) suną kohorty półdzikich twórców łypiących na mit, który by można tu „ukazać w innym świetle”. W zasadzie energia kohort odbrązawiaczy idzie współcześnie w próżnię, bo ostatnie dziewicze polskie mity prowadzą żywot jednorożców i uzasadnione zresztą wydaje się pesymistyczne przeświadczenie, że zostały wybite do nogi. Z sensem albo i bez niego.
Hostel i paranoja.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)