- Nie ma bata, nie będzie obywatelskiej kontroli! – tak ocenić należy głosowanie korespondencyjne, z którego skorzystać można będąc poza granicami Polski. I w tym segmencie mogą sobie niestety nagwizdać wszelkie komitety „uczciwe wybory”, bo z definicji wstawione są do kąta jak paprotka względnie halabardnik.
Status męża zaufania rekomendowanego przez dowolny Komitet Wyborczy zakłada, że mąż ów jest tylko i wyłącznie „biernym obserwatorem” tego, co dzieje się w lokalu wyborczym w dniu wyborów. Cześć jak czapka.
Mąż zaufania na oczy swe chabrowe nie zobaczy nawet głosów, które w listach będą spływać do poszczególnych konsulatów. Nie będzie mógł zatem obserwować, które głosy zostały zdyskwalifikowane przez rekrutowaną przez konsula Komisję Obwodową.
A tu komisja ma rozwiązane ręce, bo dowolny głos we własnym gronie uznać może za nieważny! Wystarczy ocena, że karta do głosowania była źle wypełniona, że nie znajdowała się w
z a k l e j o n e j
wewnętrznej kopercie, że nie dostarczono oświadczenia wyborcy.
Ergo – możliwa jest pełna żonglerka nadesłanymi głosami.
Jedyna rada dla wątpiących w transparentność i neutralność członków konsularnej Komisji Obwodowej jest pofatygowanie się bezpośrednio – duszą i ciałem – do lokalu wyborczego. W przypadku korespondencji nie można być pewnym, że nasz głos nie został przypisany komuś, do kogo czwórką koni by nas nie zaciągnęli!


Komentarze
Pokaż komentarze (6)