- Jestem dumnym przyjacielem Niemiec - czytam na niektórych blogach i obok powiewa wklejona niemiecka flaga. Ostatnio przyfilowałem to u walpurga, ale nie on jeden w ten sposób (kompletnie przez nikogo nie pytany) deklaruje swoje uczucia. Zastanówmy się, co to znaczy.
Oto nie zostało napisane: „...dumnym przyjacielem Niemców”, co byłoby może i nieco bardziej czytelne. Ale po pierwsze brzmi paskudnie (nic się na to nie poradzi, „lata wojny i okupacji nie dały mi tak w kość jak te dwie moje żony...”), a po drugie owi „Niemcy”, gdyby ich użyć w tej deklaracji, są za ogólni i kto wie, których Niemców można by pod ten sztandar przyjaźni zapraszać, a których – nie zapraszać. Bo byli i tacy Niemcy (i są), do przyjaźni z którymi przyznawać się raczej nie warto. A jak się przyznawało, to zazwyczaj źle się na tym wychodziło.
Ja rozumiem, że można lubić poszczególnego Helmuta czy Helgę i wyznawać im to na przeróżne sposoby, ale deklarować sympatię wobec 80 milionów ludzi z dobrodziejstwem ich inwentarza to jakaś paranoja. I autor do dostrzega i wracamy do tego, że jest dumnym przyjacielem nie „Niemców”, a „Niemiec”. Idźmy dalej.
„Jestem dumnym przyjacielem Niemiec”... – czyli przyjacielem ich państwowości? Tej obecnej? A może wcześniejszej? A może jeszcze wcześniejszej? A może w ogóle Narodu Niemieckiego? Może przyjacielem ich tradycji i historii?
Sztuki?
Języka?
Czego do cholery? Formułujmy!
A może po prostu jestem Niemcem?
Bo jeśli Polakiem, to pytanie: co ma do przyjaźni z Niemcami polska duma wciąż oczekuje na jakąś sensowną odpowiedź.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)