Przeszedłem się wczorajszego wieczora w poddublińskim Dun Laoghaire (za brytolskich czasów Kingstown) do pubu umieszczonego obok słynnej wieży-fortu znanej z kartek joyce’owego Ulissesa, jak kto umie czytać, ten kmini.
No, ale nie o nudach książkowych miało być. Na miejscu zapoznałem sympatyczną panią Izę-barmankę, Polkę-a-jakże, oraz jej łysego faceta, Sebastiana. Rzec by można: Bella i Sebastian, jeśli coś to komuś mówi. (Styl mam rozwlekły, bo się przeciągnęło do późna i o poranku dygresje mnie zazwyczaj w takich przypadkach opanowują, taka uroda).
O polityce raczej nie rozmawialiśmy, bo od morza wystarczająco zawiewało smrodem rozkładających się krabów i w ogóle wodorostów i pasożytów jako, że księżyc na nowiu czyli czas odpływu. W pubie huczało mentalnym irlandzkim przygotowaniem do jesiennego weekendu i wszyscy niewidocznie przebierali nogami, jak zawodnicy przed startem, że oto już jutro można się będzie porządnie napić, a nie to, co w byle czwartek, że też człowiek cały tydzień musi czekać…
No i zgadało się, że mieszkam w Dublinie w bezpośrednim sąsiedztwie Accident&Emergency czyli największego pogotowia ratunkowego i w ogóle izby przyjęć pochlastanych i zaćpanych w weekendowe noce głównie Irlandczyków. Wiem, co piszę, bo nawet kiedyś w nocy sobie poszedłem tam zrobić mały prywatny fotoreportażyk.
On, ten Sebastian, sposępniał, wymienił ze dwa „znaczące” spojrzenia z Bellą i po chwili wyjaśnił, że pracował tam przez pół roku w ochronie i kasa – owszem – bardzo dobra była, ale zwolnił się.
- U nas w Polsce na pogotowiu, chłopie, to jest kultura. A tu jest zsyp na śmieci… - wywodził. W jego opinii kraj, w którym nie ma izb wytrzeźwień, a jego obywatele piją na umór nie ma przyszłości. – Rozpadnie im się to niedługo, zobaczysz – powiedział. Wziął łyka carlsberga i dodał: - No i kompletnie tu nie mają poszanowania dla lekarza. W Polsce szacunek jest, bo musisz mu dawać koperty i wszystko jest na swoim miejscu… Rozpadnie się ta Irlandia już niedługo…
Akurat do pubu wszedł jakiś stały bywalec, bo został powitany gromkimi okrzykami i zza pleców znienacka wyciągnął plastikową torbę pełną wspomnianych wcześniej śmierdzących wodorostów i pasożytów. I zaczął tym rzucać w barmanów i w klientów i śmiał się przy tym mówiąc, że nic tak pięknie nie pachnie jak jesienią morze we wschodniej ma się rozumieć Irlandii i jeszcze coś mówił, ale już nie zrozumiałem, bo w jakiś slang wszedł, ale wszyscy się cieszyli i dekorowali się śmierdzącymi wodorostami i pootwieranymi małżami, zaraz przy wieży, w której mieszkał Joyce zupełnie w hrabalowskim stylu, panie panie, gdzie ja jestem, jeszcze jednak Irlandia nie zginęła, jeśli się tak potrafi bawić ament.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)