Jak powszechnie wiadomo Polaków można dzielić na wąsatych i ogolonych, na języcznych i niejęzycznych, na funtowych, eurowych i złotówkowych (od waluty w której pobierają wypłatę), na rajanerowców i erlingusowców… Podziałów można przeprowadzić ile się zamarzy, ale w Irlandii przy pomocy Penneys’a zaobserwowałem podział, który jakoś tak najbardziej mi pasuje.
Otóż 99.9% polskiej populacji można podzielić na przed-penisowych, w-trakcie-penisowych oraz na po-penisowych.
Przedpenisowy Polak jest Polakiem, który świeżo w pamięci ma przylot lub przyjazd do Irlandii i dopiero się mości w tej rzeczywistości, by zgrabnie zrymować. Polak taki najczęściej ma w walizie kilka kartonów marlboro z Polski, kiełbasa suszy mu się na kaloryferze, a imperatyw niezbędnych do przeżycia zakupów zaspokaja w tesco albo w lidlu. Nie w głowie mu fanaberie w postaci nabytku butów czy czapki w momencie, gdy w czaszce włączony ma kalkulator przeliczający non stop ceny w euro na ceny w złotówkach. Mając łóżko w hostelu bądź kąt u zasiedziałego szwagra czas dzieli między pracę, a dom. I tak powoli wrasta i przepoczwarza się w postać Polaka Penisowego.
Polak Penisowy do codziennej swej marszruty praca-dom dorzuca inne punkty na mapie miejscowości, w której przyszło mu toczyć swoją kulę. Z rozpędu kupi zgrzewkę piwa w sklepie, siądzie w pubie przy Guinness’ie i nie przelicza, że to 20 złotych; zresztą jego kalkulator powoli pokrywa się kurzem. Operacje „tygodniówka” „opłata”, „zakupy” przechodzą z czynnej świadomości w sferę podświadomości i koło, które zakreśla swymi oczy staje się coraz większe i większe. W końcu – siłą rzeczy – na horyzoncie pojawia się Penney’s i pierwsza wizyta w tej irlandzkiej świątyni. Jeszcze wprawdzie nie wiadomo, gdzie jest kasa, jeszcze uciekać trzeba przed naprzykrzającymi się ekspedientkami nie pozwalającymi na skupioną kontemplację cen, jeszcze w koszyku zakupowym dno prześwieca, ale już do kasy sklepu skapują pierwsze euro, a na głowie pojawia się czapka. Jeśli dodać do tego pierwszą irlandzką kartę płatniczą w portfelu i sobotnią wizytę na Temple Bar, to można uznać, że mamy do czynienia z wykształconą formą przetrwania.
Przyznać należy uczciwie, że wielu Polaków osiada na tym szczeblu osobniczego rozwoju i resztę świadomego życia spędza na kontentowaniu się bogactwami Penneysa. Po co kupować drożej, skoro można taniej? Po co iść do sklepu ze schodami ruchomymi w liczbie sześciu, skoro nogi jeszcze służą, a w ostateczności jedne schody wystarczą? Po co nadziewać się na sprzedawcę mówiącego po angielsku, skoro w kasie siedzi zaznajomiona podczas zakupu szalika – Baśka? Jednakowoż są tacy, którym mało!
Tu dochodzimy do kolejnej zmiany skóry. Wizyty w Penneysie stają się rzadsze i pewnego dnia podczas rozmowy pada zdanie: „Ja tam już nie kupuję, bo badziewie”. I zapada cisza, a słowa dzwonią rzucone… I zaczyna się. Kupno pierwszej abonamentowej komórki z zastrzeżonym numerem, wylot na wakacje, a nie „do rodziny w Polsce”, narzekanie na to, że „taki szwagier chce się tu przypałętać do mnie, gołodupiec jeden, co ja z nim zrobię…?”. Zaczynają w zasobie leksykalnym pojawiać się zwroty angielskie, a na przedramieniu - stosowny jakiś tatuaż. Rodzina (jeśli jest w Polsce) nadziwić się nie może galopującym zmianom w mentalności.
Metamorfoza jest pełna; mamy do czynienia z nowym bytem.
I jeszcze jedno: Popenisowiec uwielbia dzielić i klasyfikować innych Polaków w Irlandii. Ma swoje zdanie znaczy się!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)