Chwilkę przed północą zza okna dobiegły mnie pokrzykiwania, szamotanina i w ogóle tak zwany: harmider. Nienawykły jestem do takich audioekshibicji, bo – jak wcześniej wspominałem – mieszkam w Dublinie sąsiedztwie więzienia Mountjoy i posterunku Gardy czyli irlandzkiej policji. - Michael z Abruzzim może na Wigilię uciekają… – pomyślałem przypominając sobie Prison Break. Wszakże „kurwa, kurwa” dobiegające zza okna determinowało i krępowało wspomnianą grupę we więzach krwi psychopaty Patoschka znanego również z filmu.
Chłopcy byli nawaleni jak stodoła, przewracali się o swoje czemadany i – jak wynikało ze strzępów ich komunikatów – udawali się na lotnisko, żeby Wigilię spędzić w rodzinnym mieście. Szybę w oknie mam pojedynczą, więc się dowiedziałem jak to sobie zachleją, jak do baru pójdą i postawią wszystkim, których spotkają, jak to nowa komórka zakłuje co poniektórych, jak to nienazwana z imienia „suka” teraz dopiero zobaczy, co straciła…
Czasu mieli mnóstwo, bo zdążali na któryś z pierwszych porannych samolotów, więc od niechcenia popijali sobie co tam który miał, ściskali się, ekscytacją dzielili, słowem: świętowali jak potrafili.
Minęła północ, formalnie nastała Wigilia, im widać albo dupy na schodku zmroziło albo skończył się alkohol, więc wreszcie - naszczawszy mi uprzednio na tojotę i zostawiwszy pod oknem chlew – ujechali w siną dal przy pomocy taksówki.
Co miałem zrobić?!
Wyjść i w ryja dać?
Grzecznie po polsku poprosić o ciszę?
Grzecznie po angielsku poprosić o ciszę?
Przełamać się opłatkiem mówiąc: Pokój ludziom dobrej woli?
Tak przed wyjściem do centrum w celu ostatnich różnych takich siedzę i myślę o tym…, smutno. No i to, że to już trzecie Święta na Wyspie. Się porobiło...


Komentarze
Pokaż komentarze (5)