W biały dzień (ok. 19.) dwóch Polaków zostało w Dublinie zakłutych śrubokrętem. Zatrzymano dwóch czy trzech młodocianych sprawców, premier Ahern (wizytujący akurat Polskę) wyraził wyrazy, podobnie wyraziła wyrazy prezydent Republiki Mary McAleese. Społeczność polska zorganizowała godzinę milczenia na miejscu zbrodni – oczywiście nikt z organizatorów nie ważył się zapraszać na „manifestację”, wielu na internetowych forach przestrzegało przed „epatowaniem nacjonalizmem” (nie zabierajcie polskich flag).
- Nie piętnujmy Irlandczyków tylko konkretnych zabójców – wnoszą jedni. – Jeśli dojdzie do jakichś zamieszek czy aktów zemsty to odium spadnie na wszystkich Polaków – napominają nielogicznie inni. A prasa tutejsza donosi, że Dublin zaczyna przypominać Los Angeles. Miasto kontrastów, gett, braku porozumienia, niewiary w kontekst, kontakt, komunikat i kod. Że przedmieścia opanowane są wieczorami przez nastolatków, że płoną samochody, że po prostu są bezkarni i doskonale o tym wiedzą.
Pisze Freeman o tym, że huragan Emma przywieje Irlandię do Polski. Niech nie przywiewa. Bo wszystko, co miało nogi i mózgi dawno z Irlandii uciekło i wzór to żaden. Irlandzka wieloletnia emigracja spustoszyła wyspiarską społeczność (emigracja jest gorsza niż śmierć, bo śmierć zabiera starych i spracowanych, a emigracja młodych i energicznych – mawiają sami Irlandczycy) i zostało zaorane pole. Zbronowały je miliony euro, które nagle dostały się w ręce wczoraj-biedaków. Narkotyki i wóda. Nie wiadomo nawet, po co by tak wyemigrować do Londynu czy NYC, skoro rodzimy socjal zapewni jaki-taki byt.
Wracając do morderstwa – byłem gotowy zaakceptować poprawną wersję zdarzenia, która brzmi: nadragowany Irlandczyk zabił w szale śrubokrętem dwóch mężczyzn. Padło na Polaków, bo on w swoim szalonym widzie nie rozpoznawał z kim ma do czynienia...
Byłem, ale nie jestem. Bo jestem przeświadczony, że Irlandczyk Irlandczykowi by tego nie zrobił. Że by się dogadali. Że rozeszliby się w końcu w swoje strony.
Ponadto słyszałem kilka razy, już po fakcie, wiernopoddańcze rozmowy Polaków z Irlandczykami na ten temat. I jak mantra powtarzało się, że w Polsce też to się mogło zdarzyć, że w Polsce też się zabijają, strzelają do siebie, kroją nożami. Tania tolerancja polskiego rozmówcy nad świeżymi trumnami dobijała mnie. Gdzie w Polsce napada się na ulicy na przypadkowych obcokrajowców i się ich morduje?! No – gdzie?
Powstaje kolejne pytanie: co – dla tolerancyjnego - trzeba zrobić, żeby uznać coś, cokolwiek, za atak na Polaków?! Wystrzelić ze Schleswick-Holstein? I tak się zresztą okaże, że to nie Niemcy atakowali…
Nie zgadzam się z tanią tolerancją nad grobami. Wolę hodować swój gniew w ciszy niż karmić nim świnie w poczuciu poprawności politycznej.
Zaraz potem szedłem - w biały dzień – przez Henry Street. Centrum Dublina. I widzę dwóch irlandzkich sześćdziesięciolatków, którzy witają się wykrzykując: „Sieg heil”. Na tłumach ciągnących z Jervisa do Penney’sa nie zrobiło to wrażenia, choć kilku przechodniów zawachlowało płowymi wąsami. A oni sobie zarechotali i pogrążyli się w rozmowie czy Purpurowa Gwiazda wygra dziś w kolejnej gonitwie i czy warto w związku z tym obstawić w Paddy Power.
Po co tu siedzę w takim razie jak mi tak źle?
Daję radę - wokół mnie nie ma tolerancji. Czego życzę wszystkim emigrantom, którzy nie są „swoi” ani dla tych ani dla tamtych. I muszą dojść do tego wniosku sami. Oby nie po trupach.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)