- Mieliście kiedyś takiego w czarnych okularach co stan wojenny u was wprowadził… - zagaił Seamus (widać naoglądał się czegoś), rugbysta amator i jednocześnie w pewnym sensie mój przełożony. – Co z nim się dzieje? – zapytał. Powiedziałem, że nic się nie dzieje, książki pisze i narzeka na niewdzięczność. – Nie mów mi tylko, że jeszcze emeryturę mu dajecie…
Rozmowa się potoczyła jak z każdym rugbystą amatorem; na wyrafinowane sztychy i cięcia nie było miejsca, nie o szermierkę tu szło. – U nas to by nie przeszło – mruknął i wspomniał o jakimś tam kolesiu z zarządu IRA, co to niedawno okazało się że był uchem Brytyjczyków w latach 80-tych. Proces pokojowy procesem pokojowym, IRA się rozbroiła i szkoleń nie prowadzi, ale kolesia bez serc bez ducha znaleziono przed jego własną chatą „gdzieś w Irlandii”. Tak mi Sheamus podsumował niepodjętą jeszcze dyskusję o symilar posyszyn naszych krajów i mentalności oraz odwiecznej walce z zaborczym sąsiadem.
O tej rozmowie przypomniałem sobie wczoraj uczestnicząc w zorganizowanym przez Sinn Fein marszu upamiętniającym Powstanie Wielkanocne 1916 roku. Marsz jakiś taki był – w mojej opinii – zdziadziały. Wydaje mi się, że Dublin ponownie wzruszył ramionami nad swoją historią, jeśli oczywiście w piernatach leżąc ramionami wzruszać można. Polacy sprawę olali, bo nie nasza w sumie to koszula.
Nie powiem; wzniośle dość było bo i mowy były i śpiewy, konterfekty wszystkich sygnatariuszy Proklamacji Niepodległości zamordowanych przez Brytyjczyków, Gerry Adams w pierwszym rzędzie, duch IRA nad tym wszystkim, białe lilie…, wszystko to było. Dość zresztą upiornie wyglądali na tym tle chłopcy w czarnych podkutych butach, czarnych spodniach i ciemnozielonych koszulach maszerujący w takt bum tarara bum tarara pod sztandarem przedstawiającym hrabinę Konstancję Markiewicz.
Zaplątał się oczywiście jeden czegewarysta z czerwoną szmatą i kilkuosobowa grupa irlandzkich rospudowców protestujących przeciw budowie autostrady w okolicach wzgórz Tara (dawna siedziba Najwyższych Królów Irlandii). Przeważali jednak ludzie starsi, którym widać zależało na nawiązaniu do tradycji, a poza tym nic nie wskazywało na to, że coś szczególnego się dzieje. Młodsi leczyli kaca i liczyli miliony, bo okazuje się, że nigdy jeszcze w historii Irlandia nie miała tylu milionerów co teraz.
Przy okazji tych milionerów zresztą odkryto, że rosnąca zamożność hamuje więzi międzyludzkie i znani dotychczas z otwartości Irlandczycy zamykają się w sobie, stają się pyszni, wyniośli i aroganccy wraz ze wzrostem ilości zer na koncie o czym poinformował narów minister Seamus Brennan.
W parze z tymi wszystkimi obserwacjami idzie statystyka mówiąca, że katolicka Irlandia laicyzuje się na maksa, że rocznie wyświęca się kilku-kilkunastu księży i że rośnie liczba non-believiers, którzy to „are most likely to be fund in Dublin and in the higher social classes”.
I tak to się nam powoli kręci w tej Irlandii; Sinn Fein poza tym protestuje przeciwko wizycie królowej w Belfaście i demonstruje na ulicach Dublina pod hasłami „United Ireland”. Co to oznacza?
Nic nie oznacza.
Społeczeństwo gnuśnieje, zarabia kasę i doi socjal i raczej tak się to potoczy. Zobaczymy jeszcze jak się opowie w referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego, może jednak nie poznałem duszy irlandzkiej i Ajrysze zrobią sobie wstyd na całą Europę jakby mało było im wstydu, że nie chcą wpuścić królowej i ze w ogóle będzie referendum w sprawie, którą przyjmuje się przez aklamację. Pożyjemy zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)