- Wiesz dlaczego psy w Irlandii w ogóle nie szczekają? – zagaił znajomek. Fakt, cisza wyspy w tych zakresach rejestru jest wielka. – Bo ciągle jedzą? – zaproponowałem bez przekonania, bo przysłowia o szczekaniu psów mówią tylko tyle. – Mają poprzecinane struny głosowe! – uświadomił mnie.
Choć ma być o psich kupach, to od razu napiszę, że nie wiem, czy rzeczywiście szczeniakom te struny się podcina zapobiegawczo; na Wyspie byłem jedynie właścicielem Kabra, kota, który nie szczekał, ale który był powodem wizyt u tutejszego weterynarza. Rzeczony Kaber, już nieboszczyk po starciu z dwuśladem, pozwolił mi jednak na nawiązanie okołoweterynarskich znajomości i propagowanie urbanistycznych mitów.
Obcowanie z czworonogami w Irlandii jest mocno konkretne. Zapomnijcie o wylegujących się na poduchach, obok pańci w oknie, kejterkach. W ogóle zapomnijcie w Dublinie o psach. Psy występują w interiorze, strzegą owiec, pracują jak potrafią i może właśnie dzięki temu od dziesięcioleci nie zanotowano tu przypadku w wścieklizny (zauważcie: „wściec się z nudów” od czegoś przecież się wzięło!).
Dlatego łatwiej wielbłądowi przez ucho niż polskiemu psu na Wyspę – znam takich rodaków, co to zamierzali czworonoga uśpić w Polsce i przemycić na chama w kartonie cucąc go już na miejscu, bo otrzymanie legalnych certyfikatów i czipów i dochowanie warunków wielomiesięcznej kwarantanny jest nie do przejścia.
Psy – jako się rzekło – są tu traktowane bardzo serio. Samopas po mieście się nie szwędają, nie ma ich. Kup też nie ma na chodnikach (częściej wdepniesz w ludzkie g…na środku chodnika, szczególnie w weekend), a sylwetka srającego psa rzuca się w oczy jedynie przy wejściach do parków i na skwery. Pod sylwetką wymalowano kwotę podaną w euro i wszystko jasne. Z drugiej strony nie widziałem też właścicieli psów z łopatkami i torebkami i będę musiał sprawę jeszcze zbadać.
Na koniec zagadkowa sprawa: północ była, gwiazdy świeciły, kiedy to ubolewałem nad Kabrem, który przed minutą stracił życie na ruchliwej North Circular Road. Nie zastanawiałem się oczywiście wtedy w jaki sposób dokonać pochówku, bo ogarnął mnie smutek. Poczułem klepnięcie w ramię. Brodacz o cechach menela, oparty o rower. Trzeźwy. Pokiwał głową, powiedział, że mu przykro. Kiwnąłem i ja głową. A on zapytał, czy mam pomysł na rozwój wydarzeń. Pokręciłem głową nie bardzo rozumiejąc. – Wezmę go i załatwię sprawę – rzekł. A potem z bagażnika rowerowego wyciągnął impregnowany worek o kocich rozmiarach, zapakował weń zwłoki i odjechał w stronę Liffey… Koci Charon?
PS. Każdego roku prasa napomina właścicieli psów i kotów, by w wigilię halloween trzymali zwierzaki w domu. Powieszony w budce telefonicznej z okazji halloween czworonóg wywołał parę miesięcy temu parlamentarną dyskusję na ten temat, bo nie był to przypadek. „Halloween should not be an excuse for people to display such cruelty to animals” – zauważył ktoś tam w Izbie dodając, że “unfortunately, this incident might not be the last of its kind”.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)