W jednej z książek Drago Mihailović’a Serb-emigrant raz w roku przedziera się z przygodami ze Szwecji ku jugosłowiańskiej granicy. Na miejscu kupuje litr benzyny, bierze dwa łyki i mruczy z zadowoleniem, że jej smak jest nie do zastąpienia. I wraca do Szwecji.
Ostatnio w celu osiągnięcia podobnego patriotycznego zatrucia zamówiłem w znajomka lagę Marlboro Light, bo wiadomo, że polskie, najlepsze! Przyleciał, przywiózł. Podziękowałem, a jakże i wyciągnąłem zwyczajowe banknoty 20 i 5 euro (niedawno wystarczył jeden z nich) podając mu w ramach zadośćuczynienia za tę kontrabandę. Zmarszczył się nieco. Po jakimś czasie zerknąłem na cenę wytłoczoną na denku. Dziewięć dwadzieścia moiściewy!
– W Polsce jak ktoś jara marlboro, to ma pracę, a jak częstuje, to jest to dobra praca – mruknął znajomek chowając trzeci banknot.
Potem spotkaliśmy się jeszcze w POSK-u czyli Polskim Ośrodku Społeczno Kulturalnym, który przez dziesięciolecia funkcjonowania w środowisku czterech setek emigrantów wypracował sobie tak specyficzną misję i realizuje ją tak konsekwentnie, że obecnie pies z kulawą nogą się tam rzadko pojawia. Kamienica warta jest miliony euro – na moje oko: trzy – i przekazana została społeczności polskiej po wojnie przez prywatnego irlandzkiego darczyńcę.
Tu jasność się kończy, bo obecnie nie rozbierzesz kto grządki pieli, a kto zjada marchewkę. Daj im Boże zdrowie.
Nie poszedłbym tam i ja, choć to relatywnie centralny, ale jednak południowy Dublin, ale wspomniany na początku znajomek miał mieć tam odczyt w krawacie, więc znając realia uległem prośbie Magdaleny, by pójść i siąść na krzesłach z plastiku. Realia były zaś takie, że zmieściliśmy się w małej salce, znajomek spełnił się krasomówczo, a słuchacze bili brawo i dali mu kwiaty i pili wino.
Na koniec doszło do wymiany zdań na temat irlandzkiego „nie” w sławetnym referendum i rozmowy o recesji, która obecnie wystaje z każdej puszki szprotów na wyspie.
Pokrzepione winem nobliwe panie stwierdziły przytomnie, że czasem jest się na górce, a czasem lekko w dołku i w sumie nie wyglądały na przestraszone masowymi zwolnieniami w budowlance, którymi się straszy społeczeństwo. Obecny na sali przedstawiciel związków zawodowych, Polak, zauważył, że nie będzie tak łatwo zwalniać, bo są związki, które mają coraz to większe uprawnienia.
Ja zaś pokusiłem się o analizę (Magda kopała mnie pod krzesłem dla pomiarkowania) następującą: mistrzowskim politycznie posunięciem było otwarcie rynku pracy dla Polaków w 2004 roku. Byli potrzebni, zapełnili dziurę po emigracji irlandzkiej, pchnęli do przodu. Teraz zaś – wywodziłem – kiedy wchodzimy w dołek to właśnie przede wszystkim Polakom się podziękuje.
Tu się dowiedziałem, że to dość spiskowa teoria, że krzyk się podniesie i że „biznes i związki zawodowe nie pozwolą”. Odparłem, że w wyborach politycy zabiegali będą o głosy Irlandczyków w nosie mając opinię niegramotnych politycznie w sensie czynnym Polaków. I że ze związkami i biznesem się dogadają, bo niby dlaczego nie.
Tu zapadła na chwilę cisza, ale, że wino rozwiązuje języki i każdy miał coś do powiedzenia dyskusja potoczyła się dalej, niestety już pod Magdy i moją nieobecność, bo czas było do domu, a i mało znany mi nocny South Dublin w plątaninie uliczek jednokierunkowych lewą stroną to wcale nie jest taki pikuś.
I tak to było pięknie i po polsku. Wina – bo nie polskie serwowali – nie piłem.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)