- Dziś trudniej jest zaspokoić apetyt na społeczny i finansowy awans w Irlandii niż w Polsce – czytam w Rzepie, wzruszam ramionami i głaszczę w zadumie obły bok mojego wiernego zmywaka. Trudniej…, pewnie, że trudniej. Codziennie jest trudniej. Zależy zresztą: gdzie.
Jak słyszę, że ropa zbliża się do magicznej granicy iluś tam dolarów za baryłkę to śmiech mnie ogarnia, bo w Polsce jedna na tysiąc osób (a może i nie) wie, ile to złotych za litr. Nawet premier, który wie ile kosztuje marchewka za pęczek niekoniecznie zna ten przelicznik (warto byłoby go zażyć z mańki przy okazji – zmarnowana okazja podczas debaty).
Podobnie jest z miejscami potencjalnej pracy dla jeszcze bardziej potencjalnych re-emigrantów. Tymczasem, jak to wcześniej i lapidarniej ujął Kazik: - “Ludzie chcą pieniądze mieć, a nie pracę (…) wolą kopać doły za tysiąc euro niż za sześćset złotych, wiem to na pewno.”. Argument o miejscach pracy byłby celny wtedy, gdyby bezrobotna ludożerka ze ściany wschodniej lądowała w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu, tam podejmowała czekającą robotę, a nie schodziła po trapie Ryanaira na mokre płyty Dublin Airport.
Ostatnio zmieniałem w Dublinie mieszkanie. Mieszkań na rynku jest więcej, są lepsze i tańsze niż rok temu. Nabudowaliśmy przez te cztery lata. Podpisując roczny kontrakt i przeprowadzając pobieżną kalkulację dotarło do mnie, że para ludzi, która podejmie najbylejakszą pracę w Dublinie (a ceny wynajmu są tu wyższe o 40-50% niż w interiorze) swoje tygodniowe zarobki przeznaczy na taki wynajem. Wanna, sypialnia, salon, kominek, patio, strzeżone osiedle, kabel, internet, 15 minut do ścisłego centrum. Za 39 godzin pracy! Tygodniówka. Do tego 20% z całości dostaną w rozliczeniu na koniec roku podatkowego.
Formułujmy. Ropa w litrach na złotówki. Praca w mieszkaniach, a nie w miejscach. Zające w marchewkach. A to, że „budowlańcy wracają z Irlandii” wynika z corocznego zamknięcia całego sektora podczas wakacji, bo tu w zimie się pracuje.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)