Wiecie albo nie wiecie, ale Irlandia wprowadziła Intoxicating Liquor Act 2008 czyli regulację godzin sprzedaży alkoholu. To walka z endemiczną podobno skłonnością do spożycia i przeciwdziałanie rozpijaniu się małoletnich. Chyba się domyślacie, co Polak na to.
- Ustawa ogranicza dostępność i wszechobecność alkoholu i zapewnia efektywną walkę z konsekwencjami jego nadużycia – mniej więcej w tych słowach poinformował uprzejmie (niepalących od lat w knajpach) tubylców Dermot Ahern, minister sprawiedliwości Republiki.
(Under the act, off-licences will now only be permitted to sell alcohol between 10.30 am and 10 pm on weekdays and 12.30pm to 10pm on Sundays.).
Nawet nie fiknęli.
Nie fiknęli, bo dopóki ich rząd (to moje naiwne tłumaczenie) staje mimo wszystko po ich stronie z referendalnym „nie”, to i oni od siebie coś temu rządowi chcą dać. I żeby nie było, że coś małoważnego, to dają coś wieleważnego. Na pysk sobie kaganiec nakładają, choć drapią się po czerepach czekając w niedzielę taką jak dzisiaj na otwarcie bram zdrojów aż do 12.30.
Polak w Irlandii używa alkoholu w ramach katalizy regulującej funkcjonowanie psychosomatyczne w oddaleniu od matecznika. Wspomniany akt zdaje się demolować jego system przetrwania. Polak wzrusza ramionami i…
- Pędzą aż miło – mówi mi napotkany przypadkowo znajomek Darek o bimbrowni usytuowanej gdzieś opodal Phoenix Park czyli w bezpośrednim sąsiedztwie rezydencji prezydentki Irlandii. Cen za produkt, ani komponentów nie znam, ale się dowiem.
A na jednym z forów w ogłoszeniach pojawił się anons: „Zabrakło po północy? Na terenie Dublina dowóz gratis”.
Pisz pan, panie Irek Dudek „Za 10 minut 13-ta part two”!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)