…się czujemy trochę atakowani przez informacje o światowym kryzysie, a jednocześnie nieswojo nam na duszy, bośmy opuszczeni przez polskich polityków, którzy tak niedawno nas wizytowali. Na dodatek bombardowani jesteśmy przez wieści, że marlboro 9.20 u Was i że zwalniają Polaków na budowach u nas.
Łazi to polskie towarzystwo po Dublinie (w interiorze nie byłem już z pół roku, to nie wiem, ale jak znam interior i Polaków, to też łażą), w zasadzie już nie ma o czym gadać, bo wszystko powiedziane, tylko coraz to słychać, że jeden z drugim „zjechał do kraju, ale chyba wróci”. Z drugiej strony tylko słychać, że wróci, ale: ten wraca, a tamten tylko w Polsce się przepierze i lutuje w tulipany. Ile prawdy? Nie wiedzieć.
Euro poszło w górę, ale jak tu się cieszyć? To tak jakbyś u buka obstawił, że Polska przegra mecz z Niemcami. Dialektyka: tu niby kibicujesz naszym, ale kasa jest kasa, Podolski pakuje bramę, a buk płaci. Żenada nie kibic.
Ulice puste w sumie w tej stolicy, wczoraj marsz był tylko wielki na O’Connell Street: ano protestowali przeciwko prywatyzacji szpitali onkologicznych i w ogóle przeciwko „trzeciemu światu w służbie zdrowia”. Są w awangardzie, inne narody przykład biorą, a oni – barany – protestują! Tak jak z tamtejszym referendum zachować się nie potrafią. Ale nic; pokrzyczeli, pokrzyczeli, Sinn Fein z Labour Party i czegewaryści, pochód miał z 200 metrów, zamykały go radiowozy i na końcu śmieciarki jechały z tymi szczotkami, komunalne trawlery dowolnych idei.
Nie ma już czadu w Irlandii, muszę przyznać. Wszystko wiadomo, wszyscy już tu byli, do porzygania na klify szwagrów i znajomków z Polski się woziło, egzotyka stała się ulotna jak i zainteresowanie nami wspomnianych wcześniej polityków. Kto miał być – był. Jajko irlandzkie zjeść chciał – zjadł. Beknął i zapomniał.
Wybory zresztą samorządowe będą - Polacy mają prawa czynne i bierne, ale trzeba się zarejestrować, żeby zagłosować; jakiś taki jeden kandydat mnie nawet gonił mejlem i wcześniej na nogach, że będzie kandydował, poprosiłem o program, czekam nań, nie wiem zresztą po co.
Oczywiście (niechbym się i mylił), oczywiście zatem pies ze złamaną nogą nie pójdzie na te wybory żeby wesprzeć swojego. Zależy ilu masz kumpli. „Jak będzie w samorządzie to będzie golił naszą kasę z podatków, a sam nic nie zrobi; jakby działał społecznie i bez kasy, to może i bym zagłosował, ale tak niech mnie w dupe całuje” – tak mniej więcej widać to na forach.
Zagadki dwie w mojej bibliotece, w której jestem codziennie (godzinną przerwę w czynnościach para-inżynierskich wykorzystując): przeczytałem już dwie polskie półki książek i zastanowiło mnie: kto je zamawia! Sto książek, z czego 70 autorstwa pań, a reszta w klimacie „Lubiewa”. Zagadka druga: zaproponowałem, że oddam za friko z 30 własnych pozycji, a pani mówi, że nie chcą, bo nie wiadomo jak zaksięgować. Że może mogę i sprzedać, ale może i nie mogę, bo w papierach musi być „full-right”.
A w Polsce grzybobranie podobno...


Komentarze
Pokaż komentarze