Sprawa kpt. Graczyka jest gromem z jasnego nieba i powinna przynieść natychmiastowe skutki właściwe takiemu wyładowaniu – dym i pożogę. Głowy powinny lecieć jak makówki. A co się dzieje? Nic. Dla obu stron sprawa wydaje się być kolejną szarpaninką, o której przyjdzie zapomnieć. I nie Wałęsa w niej najważniejszy.
Kto i kiedy podjął decyzję o uśmierceniu Graczyka?
Czy decyzja była doraźna (kwity przesłane do Sądu Lustracyjnego na jednorazowy użytek) czy też miała charakter constans?
Czy – w związku z tym - Graczyk po swej śmierci funkcjonował w dalszym ciągu pod jednym tylko, swoim, nazwiskiem, czy też miał inną, hm… osobowość formalną?
Kto sporządził kwity Graczykowi i dlaczego tak nieumiejętnie się koło nich zakręcił, że sprawa jednak wypłynęła?
Graczyk sam siebie nie ewaporował – kto przeprowadził jego śmierć przez wszystkie proceduralne rafy?
Czy Graczyk obecnie objęty jest jakimkolwiek programem ochrony świadków – ten, kto nakazał usunąć go od procesu Wałęsy może przecież, ze zwykłego teraz poirytowania, zechcieć błąd naprawić?
Nie jest ważne co Graczyk powie o Wałęsie, nie jest ważne 1500 złotych i co można było kupić za tę kwotę, nie jest ważne jak IPN dotarł do niego, nie jest ważna książka C&G… wszystko to zaciera naprawdę istotne pytania.
Nie: „dlaczego”, ale „jak” to przeprowadzono? Kto zlecał całą akcję?
Jest gdzieś, do diabła, jakiś dziennikarz, którego te pytania też ciekawią?!


Komentarze
Pokaż komentarze (11)