Lat temu parę próbowałem otworzyć tzw. fastfood. Nie w ramach jakiejś franczyzy tylko po prostu, kebab, hamburger, takie tam. Parę miesięcy udręki urzędniczej spowodowały, że dałem sobie spokój. Jedna norma nakazywała, że w takiej kebabiarni drzwi do kuchni powinny być o 10 cm szersze niż były dostępne w moim lokalu. No dobra, to trzeba te drzwi poszerzyć. Tutaj pojawia się inna norma czy przepis, który mówi, że ot tak sobie to ja tego zrobić nie mogę. Muszę mieć zgodę konserwatora, projekty, uzgodnienia i różne inne. Ok., załóżmy, że dam radę. To jeszcze tylko trzeba załatwić sprawę kibli, za przeproszeniem. Jak ktoś produkuje i sprzedaje jedzenie – choćby tylko na wynos – to okazało się, że musi mieć zapewniony kibel. Jak nie ma go w lokalu to musi podpisać umowę z innym lokalem, że jego klienci będą mogli za potrzebą pójść po sąsiedzku. Takie duperele jak wysokość parapetów, śliskość podłogi itd. to już tylko niuanse nie warte opisu.
Kolejna sprawa była taka, że Sanepid oczekiwał, że ja najpierw wyremontuję lokal wywalając na tę okoliczność ze sto tysięcy peelenów, a oni tylko przyjdą na inspekcję i zgodność z wymogami sanitarnymi zatwierdzą… albo nie zatwierdzą. Raczej to drugie oczywiście. Na moje zapytanie w Sanepidzie, że może lepiej niechby mi oni najpierw określili wytyczne, a ja zrobię remont zgodnie z nimi, uzyskałem odpowiedź w postaci do bólu zdziwionej miny urzędnika. Jakie wytyczne? Nie ma czegoś takiego, szanowny panie. To znaczy są miliony przepisów (tak jak ten od drzwi) ale to co innego. Po pierwsze one są rozsiane w 300 ustawach, więc oni mi tak tego konspektowo nie mogą streścić, po drugie zaś mogą być jakieś odstępstwa, indywidualne podejście, wicie-rozumicie. Generalnie zalecono mi uprzednie konsultacje z firmą specjalizującą się w tym zakresie. Firmę prowadzi oczywiście pan urzędnik z Sanepidu tudzież jego szwagier.
W ogóle ja, jako człowiek próbujący załatwić sprawę po linii procedur byłem oglądany w urzędach jak jakiś wariat. Żeby w taki sposób? No bez przesady. Owszem, przepisy, normy ale my są elastyczni i wicie-rozumicie. Toż to trzeba relacje z ludźmi mieć dobre, a przepisy? No cóż. Jak trzeba to się załatwi. Wicie-rozumicie.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano po to, że Rychu miał w d… przepisy. On wiedział i rozumiał, a że znajomości miał spore to i osiągnięcia biznesowe odpowiednie. Ja otwierałem (bezskutecznie) kebab przez 3 miesiące, a Rychu w czasie chyba krótszym zbudował wyciąg narciarski uprzednio wyciąwszy las. Cały zaś problem w tym, że dopóki przepisy są jakie są to tak będzie i już. Raz na jakiś czas, dla uciechy gawiedzi, wsadzi się (albo i nie) do więzienia jakiegoś Rycha, a tysiące innych Rychów lody będą kręcić jak zwykle.
IV RP oferuje zaś tyle samo lub więcej przepisów, wzmocnionych jedynie dodatkowymi instytucjami kontrolnymi. Plus zapewnienie, że „nasi” to już na pewno uczciwi ludzie i oni swojej pozycji w urzędach nie będą wykorzystywać. Niestety IV RP nie oferuje likwidacji debilnych przepisów typu obowiązek poszerzania drzwi, czy w ogóle obowiązek robienia/nierobienia czegokolwiek z drzwiami w swoim własnym domu/firmie! Kogo poza tym obchodzi czy klient kupujący u mnie bułę z mięchem będzie mógł u mnie opróżnić pęcherz? Powinno obchodzi wyłącznie mnie i klienta – nikogo więcej.
IV RP nie oferuje zniesienia kretyńskich przepisów dotyczących hazardu (jakieś dopłaty, podatki, zezwolenia), a wręcz odwrotnie. IV RP oferuje więcej moralności, czyli mniej hazardu i gorzały. Oferuje obowiązkowe gaśnice w samochodach (afera, za którą stoją pewnie ich producenci), obowiązkowe kaski na stokach (producenci kasków) i zakaz palenia w knajpach (producenci plastrów antynikotynowych). Czyli więcej przepisów, zakazów, nakazów. Ale za to „moralnych”. A potem wszyscy zdziwieni. IV RP nie oferuje zniesienia idiotycznych koncesji, urzędów itd.
Udowadniało to przez dwa lata PiS, udowadnia to przez dwa lata PO.IV RP dziękujemy, czekamy na V.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)