Do roku 2005 w świecie publicystyki mieliśmy do czynienia z taką oto sytuacją, w której spektrum sympatii politycznych, umówmy się, że każdy dziennikarz je ma, wyglądało z grubsza następująco: lewica nowoczesna – Sławomir Sierakowski, lewica klasyczna – Jacek Żakowski, centrolewica – Janina Paradowska, centroprawica – Piotr Stasiński, prawica – Tomasz Wołek. Czasami jak prawicowa ekstrema występował Maciej Łętowski. Grupa publicystów o podobnych poglądach na rzeczywistość (lub zgoła dokładnie wymienione osoby) tworzyły żelazny trzon wszelkich opiniotwórczy audycji, programów etc.
Niektórzy oczywiście zauważali, że coś tu nie gra. Jakoś ta prawica dziwnie lewicowa, no i sam fakt, że mówiło się wyłącznie o publicystach prawicowych i publicystach w ogóle (tzn. lewicowych oficjalnie nie było) był dość podejrzany. Argument społecznej słuszności działał jednak niezawodnie. Niewielu pytało o to głośno, a najbardziej chyba znany dekonspirator publicystycznego układu – Rafał Ziemkiewicz – pytać mógł co najwyżej dość wąskie grono swoich czytelników. Bonzowie rządzący emisjami topowych programów ani myśleli podpiąć pod dyskusję np. samego Ziemkiewicza tudzież Piotra Semki, a już uchowaj Boże Tomasza Sakiewicza.
Potem nadeszła PiS-owska „kontrrewolucja” i renegaci trafili jednak do telewizji. Stasiński trafił do centrum, Wołek do centroprawicy, a po prawicy zasiedli Semka z Karnowskimi.
W tym miejsc pytam się czy to wystarczy? Czy rzeczywiście spektrum polityczne jest reprezentowane w mediach mainstreamowych w sposób pełny? Oczywiście, że nie jest. Gdzie są wszystkie „oszołomy” począwszy od Ikonowicza po J.R. Nowaka? Gdzie są w końcu wolnościowcy: Korwin-Mikke, Michalkiewicz i inni? Pojawiają się oni wyłącznie wtedy gdy jest okazja zrobić z nich idiotów. Pokazuje się np. relację z masakry na jakiejś amerykańskiej uczelni i towarzysz prowadzący robi wszystko, żeby pokazać, że Korwin to głupiec, na dodatek groźny, bo chce powszechnego dostępu do broni. Konwencja programu jest taka, że na miejscu Korwina zastanawiałbym się czy do takiej telewizji w ogóle chodzić. Ryzyko wyjścia na wariata jest w końcu ogromne.
Narodowa prawica/lewica (w istocie lewicowa w kwestii wolności gospodarczych) wywalczyła sobie miejsce w mainstreamie publicystyki. Po latach tułania się po niskonakładowych, ledwie zipiących gazetach, po latach walki z wiatrakami w Internecie, wydobyła się jednak z otchłani zapomnienia. Najwyższy czas (nomen-omen) aby i prawica wolnościowa zdołała się wybić ponad Internet, w którym w końcu stanowi ogromną siłę. Wolnościowa prawica musi tego jakoś dokonać, bo mainstreamowi tubylcy bynajmniej nie odpuszczą, a dopóki to się nie stanie to postulaty wolnościowe nie mają szans na realizację.
Te postulaty zaś od dawna są niezmienne i obejmują one również rzeczywistość medialną. M.in. jedynym skutecznym lekiem gwarantującym to aby w normalnych mediach pojawiali się normalni publicyści jest tych mediów absolutna i bezwarunkowa prywatyzacja i deregulacja. W pierwszym rzędzie należałoby oczywiście znieść KRRiTV, koncesje oraz uniemożliwić firmom państwowym (również poprzez ich prywatyzację) utrzymywanie mediów. Dziś bowiem specjalniacy siedzący w zarządach różnych Orlenów załatwiają gigantyczne kontrakty reklamowe innym specjalniakom siedzących w TVN-ach. Ci drudzy z kolei odwdzięczają się odpowiednią linią polityczną.
Śmiem twierdzić, że w tym zakresie jednak nie zmieni się nic. Poza argumentem wyżej nawiązującym do specjaniackiego udziału w utrzymywaniu status quo jest jeszcze jeden nie mniej ważny. Mianowicie o ile wolnościowcy mówią wprost o konieczności likwidacji koryta, o tyle PiS-owcy, mimo że „straszni”, to jednak koryto mieli zamiar utrzymać. Nie grozili likwidacją koncesji RTV, nie mówili o likwidacji TVP. Gwarantowali, że mnóstwo posad i posadek będzie nadal na utrzymaniu podatników. Co więcej, każdy średnio inteligentny człowiek, musiał wiedzieć, że realizacja postulatów narodowej prawicy/lewicy w żaden sposób nie powstrzyma różnego rodzaju afer i aferek. Co najwyżej zmieni ich charakter ale dalej będzie o czym pisać. A to w końcu dla publicysty sprawa kluczowa. W kraju, w którym rządzą prawa wolnościowe można by było najwyżej pisać w dziale horoskopów albo kulinarnym. W najlepszym wypadku można by liczyć na kolumnę o pospolitych przestępstwach kryminalnych. To dla dziennikarzy byłaby katastrofa.


Komentarze
Pokaż komentarze