Jakiś czas temu pojawił się sondaż, który mówił o tym jaki „problem społeczny” jest dla Polaków najważniejszy. Wyszło, że zdecydowanie najważniejsza jest „służba zdrowia”. Sondaż był przeprowadzony chyba z miesiąc temu, i nic. Cisza.
W końcu PiS nie wytrzymało i odpaliło bombę. Przypomniało, że PO chce – o zgrozo – prywatyzować szpitale. Rozeszło by się pewnie po kościach gdyby mało rozgarnięci platfrormersi po prostu zmilczeli. Ale nie, oni musieli zrobić szum. Jakieś pozwy, jakieś wypieranie się. Bez sensu.
Skoro jednak sprawa się pojawiła to warto o niej słów kilka napisać na bieżąco.
Na początek sprawa absolutnie podstawowa. Z tego co pamiętam to PO mówiło wyłącznie o „prywatyzacji szpitali”, a nie „prywatyzacji służby zdrowia”. Są to kwestie z zupełnie innych parafii, a tymczasem pojęcia te są bez mrugnięcia okiem mieszane i traktowane jak synonimy.Nie mam pojęcia dlaczego.
PO chciała po prostu załatwić sprawę tak, aby po swojemu skierować strumień pieniędzy z NFZ do „swoich” szpitali. Była to próba wykonania jawnego przekrętu. Dolary przeciwko orzechom, że ceny usług by po prostu wzrosły. Skoro płatnik nadal byłby państwowy to co to za problem? Kowalski nie płaciłby nadal ze swojego portfela, więc byłoby mu kompletnie wszystko jedno czy NFZ zapłaci 100 zł, czy 1000 zł.
Dlatego właśnie nie należy prywatyzować szpitali bez prywatyzacji służby zdrowia, czyli NFZ. Czyli „ubezpieczyciela”.
Wcale to nie oznacza wszakże, że nie należy sprywatyzować służby zdrowia. Znaczy się płatnika.
W praktyce bowiem wyżej wspomniany dylemat Kowalskiego wygląda tak: Kowalski ma dwie opcje zapłaty za operację:
1.Kowalski płaci 1000 zł.
2.Kowalski płaci 100 zł, a Nowak z Malinowskim dopłacają dodatkowo 1900 zł.
Dlaczego tak, a nie inaczej? Dlatego, że tak się składa, że z punktu widzenia zarówno Kowalskiego, jak i z punktu widzenia wykonującego usługę (lekarza, szpitala) lepsza jest opcja nr 2!
I właśnie dlatego w państwowej służbie zdrowia wszystko (od wacików, przez sprzątaczki, po zaawansowany sprzęt) kosztuje kilkakrotnie więcej niżby kosztowało na wolnym rynku.
Jedynym, który na opcji nr 2 by stracił jest ubezpieczyciel. Ale ubezpieczycielem jest NFZ. Państwo! Podatnicy! Czyli nikt. A skoro nikt, to nikt się tym nie przejmuje. Kogo obchodzi czy na NFZ z budżetu idzie 10 czy 100 mld? Ma działać i już. Tylko że nie działa niestety…
Poza tym podatnikom niestety brakuje refleksji, że milion razy częściej są Malinowskimi i Nowakami, niż Kowalskimi. Gdyby to pojęli to zdaliby sobie sprawę, że 50 md na NFZ płacone dziś to parokrotnie za dużo, biorąc pod uwagę jakość usług.
Przeciwnicy prywatyzacji szpitali (tak naprawdę prywatyzacji służby zdrowia, a nie szpitali) perorują, że jak się ten cały burdel sprywatyzuje to katastrofa. Ludzie będą umierać, nikt nikogo nie będzie leczył, średniowiecze normalnie. Jednocześnie przekonują, że na prywatyzacji wyrodzą się nowe złodziejskie fortuny. Jest to nielogiczne, bo niby jakim cudem skoro nikogo nie będzie stać na leczenie? No nic, człowiek jak się boi, to różne rzeczy wygaduje.
Notabene to właśnie dziś, na państwowej służbie zdrowia, wyradzają się te fortuny. I nie dlatego, że są „wypaczenia”, tylko dlatego, że taka jest norma.
To wszystko dziwne, bo ludzie pod przymusem sami płacą ogromne składki ubezpieczeniowe na NFZ w zamian za pseudo gwarancje. A już gdyby mieli robić to samodzielnie, to by nie robili? Przecież nikt nikomu nie zabraniałby się ubezpieczać! Wolna wola.
Nie ubezpieczyli by się? Jeśli nie, to po co te krzyki. Wszak właśnie wtedy by dostali szansę nie płacenia haraczu za nic. Jeśli zaś tak, to dlaczego upierają się przy przymusie ubezpieczeń? Czy ktoś by im zabronił czegokolwiek? Znów chyba strach przykrył logikę.
Co więcej, dobrowolne i konkurencyjne ubezpieczenia zdrowotne byłby znacznie tańsze niż państwowe. Stać by na nie było wszystkich, którzy byliby zainteresowani.
Jest oczywiście taki problem, że są miliony ludzi, którzy składki płacili całe lata, a dziś żaden prywatny ubezpieczyciel im nie sprzeda polisy. No chyba, że za bardzo wysokie stawki. Ludzie ci są po prostu za starzy, zbyt duże jest ryzyko ich zachorowania. A niektórzy już po prostu są chorzy.
Tutaj jest zatem niezbędny okres przejściowy. Ci ludzie powinni bądź pozostać w systemie państwowym (wygasającym), lub przejść do ubezpieczycieli prywatnych na takich zasadach, jakby płacili mu składki od X lat. Ewentualny ciężar różnicy (w razie zachorowania) musieliby wziąć na siebie podatnicy, tak jak czynią to dziś. Tylko że brali by go wyłącznie gdy dojdzie do choroby, a po drugie byłby to proces wygasający. Z czasem problem by znikł. Wszyscy chętni korzystaliby wyłącznie z takich ubezpieczeń z jakich by chcieli.
Poza wszystkim najlepiej by było, aby w miarę możliwości sfinansować ten okres przejściowy z prywatyzacji (podobnie jak emerytury).
Uprzedzając niechybne gromy z lewa i z… tak zwanego prawa mam w tym miejscu kilka pytań do przeciwników prywatyzacji służby zdrowia (nie samych szpitali). Zanim zaczniecie krytykować mój punkt wiedzenia odpowiedzcie (sami sobie, nie mi) na takie kwestie:
1.Czy gdziekolwiek funkcjonuje służba zdrowia państwowa, z której pacjenci są zadowoleni?
2.Czy gdziekolwiek w świecie jest miejsce (poza dotowanymi suto wioskami potiomkinowskimi) gdzie ludzie nie czekają na zabiegi latami? Umierając.
3.Czy rzeczywiście, w przeciwieństwie do krwiożerczych ubezpieczycieli prywatnych, ubezpieczyciel państwowy nie jest krwiożerczy? Nie kombinuje jak by tu usługi nie wykonać wykręcając się a to rozporządzeniem, a to brakiem wytycznych etc?
4.W końcu, ile jeszcze dekad eksperymentów w plenieniu „wypaczeń” systemu państwowego trzeba, aby do was dotarło, że to nie żadne wypaczenia? Że to skutek?


Komentarze
Pokaż komentarze (25)