Zwolennicy Kaczyńskiego mają do wyborców Korwina stosunek niezwykle ambiwalentny.
Z jednej strony nie cierpią ich, zżymając się jak można być takim durniem, żeby głosować na „błazna w muszce”, który na dodatek jest bez szans, mimo, że ma się do wyboru innego kandydata: prawego Jarosława.
Z drugiej strony ich podziwiają, doceniają ich „szaleństwo” i przekonują ich aby jednak poszli w drugiej turze za Kaczyńskim. „Przecież to mniej radykalny, ale jednak facet z tej samej bajki”, zdają się mówić.
Uczucia te, czasem wręcz nienawistne, czasem paternalistyczne, wynikają jak sądzę z tego, że wielu Korwinistów jednak już w pierwszej turze poparło Kaczyńskiego. Co więcej niektórzy deklarują, że zrobią to w drugiej. Nikt na dobrą sprawę nawet nie wie ilu tych Korwinistów jest. Wiadomo, że ponad 400 tysięcy ujawniło się przy urnach 20 czerwca. Ale ilu poszło za „głosem rozsądku” skreślając Kaczyńskiego, bądź Komorowskiego? Czort jeden wie.
I tu pojawia się drugi element, który stanowi tło tej ambiwalencji Pisowców w stosunku do Korwinistów. Mianowice wielu z wyborców PiS jawnie deklaruje, że kiedyś Korwinistami byli. Tłumaczą, najczęściej, że z tego „wyrośli”. To wyrośnięcie ma się opierać na „zrozumieniu czym jest polityka”. Nie mnie w tym miejscu oceniać czy robią dobrze, ale wystarczy zaznaczyć, że gdyby choć część tych co „wyrośli” pozostało przy JKM, to UPR/WiP zasiadałby w każdym Sejmie. Z korzyścią dla Polski.
Jest jeszcze rzecz trzecia. Elektorat Kaczńskiego był niegdyś w sytuacji identycznej do dzisiejszych wolnościowców. Siedzieli w piwnicach na swoich kanapach, a inni nic, tylko z nich drwili. A i to wyłącznie w chwilach, gdy w ogóle raczono dostrzec ich istnienie. Może więc z tego także wynika ta ambiwalencja. Z poczucia solidarności w biedzie i z poczucia wyższości opartego na wierze, że „my daliśmy radę, a wy nie”.
To wszystko rozważania ważne, ale teoretyczne. Co w kwestii praktycznej?
Zwolennicy Kaczyńskiego nie mogą się zdecydować: Korwinistów niszczyć, czy adorować/przekonywać. Wszak to prawie pół miliona głosów. Nie to co Napieralski, ale jednak. Nie mogą się zdecydować i robią obie rzeczy na raz.
Zapominają przy tym, że Korwiniści są prawdopodobnie jedynymi wyborcami, dla których program jest naprawdę podstawową kwestią. To jest ten paradygmaty, który bywa nazywany „sekciarstwem”, „skrajnością” itd. Brakiem elastyczności, mówiąc polit-poprawnie.
Gdzie więc są te potencjalne wspólne elementy programu?
Trudno powiedzieć, bo trudno powiedzieć co jest programem Kaczyńskiego. Po swojej „głębokiej przemianie” nie raczył on przedstawić żadnych konkretów. Nikt nie wie, czy przemiana dotknęła li tylko jego powierzchowności, czy również programu.
Wiemy tylko tyle na pewno, że nie zrezygnował on z całej swojej socjalistycznej wizji Polski. Państwowa służba zdrowia, tzw. solidarność społeczna, wydają się być niepodważalne.
Gospodarka i podatki?
Nie będę więc musiał długo tłumaczyć, że na tym polu nie istnieje nawet cień szansy na porozumienie z JKM. Fakt, że prezydent sam podatków nie podnosi/obniża, ale ma jednak on znaczenie kluczowe. Może takie ruchy akceptować, bądź wetować. Jedynie w stosunku do budżetu nie ma on takiego narzędzia, ale cała masa ustaw podatkowych przecież może być zmieniana.
Drodzy oponenci z PiS. Uświadomcie sobie zatem, że na tym polu porozumienia być po prostu nie może. PiS i JKM stanowią po prostu antypody poglądów gospodarczych.
Wolności osobiste?
Tutaj – teoretycznie – może być lepiej. Kaczyńskie deklaratywnie źle odnosi się do cenzury Internetu, lewackich ustaw dot. opieki nad dziećmi etc. Ale jest mały problem. Otóż Kaczyński nie robi tego z głębokiego przekonania do wartości jaką jest wolność. On to robi z przekonania, że tak jest „dobrze dla Polski”. Konkretnie, nie dla kraju o nazwie Polska, ani dla ludzi – Polaków, ale dla Państwa Polskiego. Prawdopodobnie gdy uzna jednak, że dla dobra państwa Internet trzeba ocenzurować, to nie zawaha się ani chwili. Wynika to z ideologicznych podstaw pana Kaczyńskiego. Jego wiary w nadrzędność kolektywu względem jednostki.
I to, drodzy oponenci z PiS, jest kolejny argument przeciwko porozumieniu. Kaczyński krwią musiałby podpisać, publicznie musiałby przysięgać, że np. Internetu nie ocenzuruje. Bez względu na powody jakie miałyby za tym stać. Wszyscy zaś wiemy, że to niemożliwe.
Eurosceptycyzm?
Potencjalnie pole najbliższe obu formacjom ideowym. Tylko, że znów wynika to z innych zupełnie podstaw. Teoretycznie mam pewność, że Kaczyński palcem nie kiwnie aby Polskę z UE integrować bardziej niż ma się to dziś. Ale przecież to on wraz z bratem załatwili nam Traktat Lizboński! To nie krasnoludki go negocjowały i w końcu podpisał.
Znamienne, że Kaczyński słowem się nie zająknął, nie podjął żadnej deklaracji, że będzie dążył do referendum ws. Euro. A przecież kiedyś mówił o tym dużo i często. Jest to tym bardziej dziwne, że właśnie Euro jest dziś tematem bardzo nośnym i z całą pewnością podkreśliłoby jeszcze bardziej podziały między PO-PiS. Co więcej, na korzyść PiS. Dziwne, że z tego narzędzia Kaczyński nie skorzystał.
Jak zatem, drodzy oponenci z PiS, widzicie swoją wiarę w możliwe porozumienie na tym tle? Ja widzę je wyłącznie w mglistych konturach.
Podsumowując. Dobry Korwinista 4 lipca powinien pozostać w domu. Ja tak zrobię. Na innych Korwinistów wpływu nie mam, ale wierzę, że dojdą oni do takich samych wniosków. Mam też nadzieję, że oponenci z PiS zrozumieją, że są ku temu rzeczywiste podstawy.


Komentarze
Pokaż komentarze (50)