Z okazji kończącego się jutro roku szkolnego podjąłem trud policzenia zarobków nauczycieli. Starałem się uwzględnić różne zmienne, i mam nadzieję, że żadnej nie pominąłem. Dane bazowe przyjąłem za stosownymi rozporządzeniami i tylko nieco je zaokrągliłem. Po kolei zatem.
Nauczyciel z reguły pracuje ok. 20 godzin. Przyjmijmy tę wartość jako bazową.
Zanim padną jakiekolwiek kwoty policzmy ile godzi rocznie nauczyciel spędza w pracy. Rok to 52 tygodnie. Z tego 11,5 tygodnia nauczyciel spędza na wakacjach i feriach. Ok. 1,5 tygodnia to okolice świąt (nie same święta – te ma każdy) i długie weekendy, oraz nieśmiertelny dzień nauczyciela.
Daje to nam 39 tygodni pracy. Czyli 780 godzin.
Są jeszcze oczywiście wywiadówki, rady klasyfikacyjne, rady plenarne etc. To razem ok. 30 godzin w roku. Ale co tam – policzę 60.
Summa summarum mamy 840 godzin rocznie.
Teraz ciekawostka. Otóż godzina nauczyciela nazwana jest „godziną” tylko dla zmyłki. Każdy bowiem powinien ze szkoły pamiętać, że to tylko 45 minut. Naturalnie część (nie wszystkie!) przerw nauczyciele spędzają na tak zwanych dyżurach, ale i tak większość przerw nie trwa kwadrans, lecz mniej.
Ale znów podrasuję te wartości. Założę, że 80% „godzin” to prawdziwe godziny, a tylko 20%, to trzykwadransówki.
Te 840 godzin korygujemy więc do godzin 800 (pozwolę sobie dla odmiany zaokrąglić 2 godzinki w górę).
No to przejdźmy do zarobków. W zależności od „kwalifikacji” (nie mylić z kwalifikacjami, o czym później), oraz od „awansu zawodowego” (nie mylić z awansem zawodowym, to też później) nauczyciele zarabiają różnie. Pominę tutaj dla uproszczenia różne dodatki „motywacyjne” (o to też zahaczę pod koniec), lub „wiejskie”.
Z tych widełek wynika, że wariant absolutnego minimum to 1300 zł/m-c. Wariantami bardziej „wypasionymi” zajmę się za chwilę.
Te 1300 zł wypłacane jest co miesiąc. Co więcej nauczyciele mają jeszcze jeden miesiąc w roku, który jest jednak tak tajny, że nikt nie zna jego nazwy. Natomiast wynagrodzenie za ten miesiąc (nie za pracę w ciągu niego) jest wypłacane w formie tak zwanej trzynastki.
Rocznie daje to więc 16900 zł. Wychodzi ok. 21 zł na godzinę.
Przyjmijmy takie wynagrodzenie w przypadku, bo ja wiem?, handlowca. Handlowiec ów pracuje 52 tygodnie po 40 godzin, minus urlop 5,2 tygodnia. Czyli razem 1872 godziny. Teraz bez zaokrągleń: 1872h * 21 zł = 39312 zł.
Oczywiście handlowiec nie ma żadnej trzynastki, więc miesięcznie daje mu to pensję 3276 zł. Tyle właśnie zarabia nauczyciel, i to ten najniżej uposażony.
Nauczyciel o najwyższych „kwalifikacjach”, oraz na najwyższym stopniu „awansu zawodowego” zarabia ok. 4200 zł. To też wartość średnia podawana przez MEN. Średnia średnią, jakie są maksymalne stawki, tego nie wiem.
Ale te 4200 zł daje, zgodnie z ww. obliczeniami, ok. 10600 zł dla handlowca.
Czyli mamy rozstrzał między 3300zł, a 10600zł, plus te górne wartości, które średnią wyznaczają. Nie wiem skąd je wziął MEN, bo nie znam nauczyciela z taką stawką, ale cóż. MEN to MEN.
Gdyby jednak przyjąć stawki „minimalnych maksimów”, to widełki kształtują się między 3300 zł, a 6600zł.
Powiem szczerze, że mało to nie jest. Jakkolwiek nie liczyć, nawet najniższej kasty belfer zarabia mniej więcej średnią krajową. Tyle, że po prostu znacznie mniej pracuje.
Niestety nauczyciele żyją w męczeńskim przekonaniu, że oni „po pracy” muszą pracować dalej. Sprawdzać sprawdziany, przygotowywać lekcje itp. Powiem wprost – to bzdury.
Wspomniany handlowiec też musi żyć pracą. Musi opracowywać nowe pomysły na sprzedaż, na nowe promocje etc. Też „po pracy”. Również „po pracy” wypełnia się raporty, sprawozdania i inne. Takie jest życie.
Nauczyciel może się przygotowywać w takcie gdy klasa pisze sprawdzian? Może. Może to robić na przerwie? Owszem. Ale do głowy mu to z reguły nie przyjdzie. Przecież przerwa to przerwa.
Że nauczyciel nie może więcej pracować, bo stanie się przeciwefektywny? Cóż mam powiedzieć. To samo tyczy się handlowców i w ogóle milionów innych ludzi, którzy jednak muszą, wbrew wszystkiemu, utrzymywać wysoką efektywność harując dwukrotnie więcej. Znów – takie jest życie.
Na koniec zapowiadane wyjaśnienia. Otóż nauczyciel żyje w świętym przekonaniu, że jak pracuje wiele lat, to mu się należy. Bez względu na to, czy przez te lata stał się nauczycielem lepszy, czy wprost przeciwnie. To jeden z nielicznych zawodów, w którym awans jest uzależniony niemal wyłącznie od stażu. Nie da się go przyśpieszyć, nie da się go – praktycznie – opóźnić (chyba, że ktoś nie wiedzieć czemu chce).
Podobnie ma się rzecz z kwalifikacjami. Nie ważne czy ma się umiejętności. Ważne, że ma się papier. Każdy kwitek potwierdza nauczycielskie prawo do podwyżki.
Nauczycieli w praktyce nie weryfikuje nikt. Nie robi tego minister, bo jest ich zakładnikiem. Rynek też tego nie robi, bo jest marginesem. Wyznacznikiem dla ich zarobków/awansów nie są żadne tam wyniki czy osiągnięcia.
Dziwię się nauczycielom, szczególnie młodym, że w ogóle idą na układ, jaki proponuje im państwo. Moja notka, przyznaję - prowokacyjna, pokazuje ile realnie warta jest praca nauczyciela w odniesieniu do rzeczonego handlowca. Warta jest naprawdę dużo.
Byłaby warta nawet więcej gdyby nauczyciele pogonili związki zawodowe i przede wszystkim nieszczęsną kartę nauczyciela. Karta nauczyciela jest nieprawdopodobnym wprost horrendum.
To instrument, który powoduje, że nauczycielom się nie chce. Nie chce, bo nie muszą, nie chce, bo i tak to nic nie da. Nie ma kompletnie żadnego znaczenia realna wartość nauczyciela. Wynagradzana jest bierność i mierność. A przede wszystkim wierność. Wierność związkom i karcie.
Stąd w szkołach publicznych miejsce znajdują albo zapaleńcy, albo nieudacznicy. Z coraz większym naciskiem na tych drugich.
Nauczycielom zatem długich i owocnych przemyśleń podczas wakacji życzę.
PS
Ale przed wakacjami jeszcze mnie pewnie zjedzą za ten wpis. Smacznego.


Komentarze
Pokaż komentarze (27)