Przed kilkudziesięcioma minutami Radio Zet doniosło, że były premier Kazimierz Marcinkiewicz popiera Platformę Obywatelską. Deklaracja ta ma oczywiście znaczenie wyłącznie propagandowe, bo przecież nie dowiedzieliśmy się niczego nowego.
To mało odkrywcze oświadczenie może mieć jednak drugie dno. Eksperci Platformy potrafią czytać sondaże. Zdają sobie sprawę, że zwycięstwo Platformy wcale nie jest oczywiste, a nawet jeśli PO zwycięży, to prawdopodobnie będzie zmuszona do koalicji z PiS-em.
Alians z LiD byłby dla partii Tuska wyjściem najgorszym z możliwych, a należy oczekiwać, że PiS ochoczo popchnie PO w ramiona postkomunistów. Trzymając w rękach służby specjalne, ze skorym do wspierania PiS prezydentem i genialnym w destrukcji szefem partii, PiS będzie w stanie doprowadzić w ciągu roku, dwóch do upadku koalicji POLiD i zmarginalizowania Platformy, popchnięcia ją "w lewo" i tym samym zmonopolizowania elektoratów prawicowych.
Dlatego ważną rolę może tu odegrać Marcinkiewicz: jedyna obok Jana Rokity osoba, która jest w stanie doprowadzić do porozumienia wściekłych z nienawiści do siebie Tuska i Kaczyńskiego. Platforma, w razie zwycięstwa, będzie - w poczuciu "postsolidarnościowej więzi" - "zmuszona" do zaproponowania PiS koalicji. Marcinkiewicz i Rokita to osoby wręcz idealne jako potencjalni inżynierowie takiego porozumienia. A że takie podchody są robione, może świadczyć choćby dzisiejsze - kolejne już - "chlapnięcie" Nelly Rokity, która oświadczyła, że PiS - partia, która ją wspiera - "absolutnie nie dojrzało do samodzielnego rządzenia". Być może to gafa, a być może początek przecierania sobie dróg i rozwiązań przed nadchodzącym - na pewno znowu gorącym - tygodniem.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)