W latach 60. ubiegłego wieku amerykański meteorolog i matematyk Edward Lorenz pracował nad programem komputerowym umożliwiającym prognozowanie pogody. Cierpliwie wprowadzał dane wejściowe, opisujące stan pogody w określonym momencie, a następnie testował algorytmy prognozujące zmiany pogodowe.
Anegdota mówi, że pewnego dnia - najprawdopodobniej ze zwykłego lenistwa, wprowadził do programu dane z dokładnością do trzech, a nie - jak to czynił przedtem - sześciu miejsc po przecinku. Różnica pomiędzy 0,506127 a 0,506 nie powinna być istotna, wynosi bowiem - co łatwo wyliczyć 10 − 4, czyli 0,000127. Jakież było zdumienie naukowca, kiedy okazało się, że porównanie danych wyjściowych w zależności od tak niewielkich odchyleń pokazało, że prognozy różniły się diametralnie!
W języku teorii takie zachowanie niektórych złożonych układów nazywa się wrażliwością na dane wejściowe. Ową wrażliwość ilustruje się często przykładem motyla na Placu Tiananmen, który poruszając swoimi wiodkimi skrzydłami jest w stanie wywołać burzę piaskową w Teksasie. Dlatego też zjawiska tak zwanego chaosu deterministycznego nazywa się potocznie efektem motyla.
Jaki jest związek pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a motylem? Wszak kaczka pochodzi z rodziny Anatidae i - wedle tego co twierdził Darwin - wyprzedza wszystkie Lepidoptera o miliony lat ewolucji. Nie gatunki mają tu jednak znaczenie. Otóż moim zdaniem Jarosław Kaczyński 12 października 2007, podczas kluczowego wydarzenia tej kampanii, popełnił - na pozór drobną i podobnie jak ruch motylich skrzydeł rzecz, która była dla niego i PiS-u czymś, przy czym burza piaskowa w Teksasie jest czymś porównywalnym z chłodną bryzą nad Bałtykiem w czerwcowe przedpołudnie.
Tym, co otworzyło Tuskowi do zwycięstwa, albo - inaczej - zamknęło szanse Kaczyńskiego, było etui na okulary, z którym mocował się premier w pierwszych minutach debaty. Zwrócił na to uwagę doradca medialny szefa Platformy Adam Łaszyn w wywiadzie dla Gazety Wyborczej. Przyznam, że przed przeczytaniem wywiadu nie zwróciłem na ten szczegół uwagi. Jednak po lekturze i chwili refleksji wszystko zaczęło układać się w rozsądną całość. Obejrzałem ponownie debatę, aby zweryfikować swoje przypuszczenia o zadziałaniu efektu motyla.
Premier zaczął mocować się z etui, kiedy oponent rozpoczął już zadawanie pytań. Najprawdopodobniej chciał skorzystać z materiałów przygotowanych przez sztabowców, jednak uparte etui nie chciało się otwierać. Widać było, że premier się denerwuje, jest coraz bardziej rozdrażniony i zbity z tropu. Kiedy etui ustąpiło, było już za późno: lawina się toczyła nie było dla Kaczyńskiego ratunku. Tusk panuje nad debatą i zdecydowanie ją zwycięża. Dalszy bieg wypadków znacie Państwo doskonale.
Gdyby nie to nieszczęsne etui, sprawy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Nie sądzę, że gdyby nie ten drobny incydent, premier nie odpierałby ataków Tuska z większym zdecydowaniem i brawurą. Był jak bokser, któremu po wyjściu na ring rozwiązały się sznurowadła i przez to, rozbity psychicznie, mógł się już tylko bronić. O wielkich rzeczach nierzadko decydują szczegóły: skrzydła motyla, kolor krawata, etui od okularów...



Komentarze
Pokaż komentarze (6)