Z nowym premierem jest trochę tak, jak z książkami Doroty Masłowskiej. Dobrze się je czyta, stwierdziłbym wręcz, że to mistrzyni stylu, więc sama lektura sprawia tę Barthezowską, postmodernistyczną "rozkosz". Jednak konstrukcji fabularnej jej powieści nie mają żadnej, są - cóż, pięknym, ale pięknym słowotokiem.
Symptomy tej choroby zaczyna przejawiać Donald Tusk. Dzisiejsze doniesienia o rezygnacji z usług BOR dla Tuskowej rodziny i ograniczeniu do maksymalnego minimum ochrony samego premiera zdają się sugerować, że nasz nowy przywódca zapatrzył się na Konstantego Turskiego, bohatera serialu "Ekipa" Agnieszki Holland. Przywódcy Platformy wydaje się, że dobrym sercem, wyrozumiałością i spolegliwością można uczynić cuda. Ale czy miłość w oczach Tuska jest tym "cudem", o którym czytaliśmy z billboardów PO? Wydaje się, że wyborcy oczekiwali czegoś innego.
W dotychczasowych zapowiedziach premiera nie znajdujemy treści, jest za to piękny spektakl z cyklu "Uczyńmy Polskę inną". Na pytanie zaś "Ale jaką?", otrzymujemy odpowiedź: "lepszą", "piękniejszą", "przyjaźniejszą". Czysta forma, zero treści, zupełnie jak u Masłowskiej.
Co gorsza, "dobre serce" nowego premiera nie kruszy "zatwardziałych" serc wielu adresatów tej "dobroci". Po bardzo chłodnej ceremonii nominacji u Prezydenta i mało godnym potraktowaniu Tuska podczas wczorajszych uroczystości odzyskania niepodległości, media donoszą o nieprzerwanym rozżaleniu Prezydenta z powodu domniemanej "mowy nienawiści", którą jakoby Tusk zionie i obraża Głowę Państwa. Żar miłości, jakim chce zionąć Tusk, odbierany jest jako żar piekielny, hate-speech.
Czy Tusk nie zagubił się już na starcie w ślepym uczynienia polskiej polityki "inną"? Czy nie przydałoby się mu trochę pragmatyzmu, czy zamiast zachwycać się szlachetnym premierem Turskim nie powinien wrócić do klasyki i sięgnąć po Machiavellego?



Komentarze
Pokaż komentarze (17)