W czasach, kiedy dużą spółką Lech, powołaną w 1990 roku przez Urząd Miasta Białegostoku zarządzał obecny wicemarszałek sejmu Krzysztof Putra, w tajemniczy sposób z firmowych sejfów zniknęły laptop i aparat fotograficzny, będące "na stanie" tego komunalnego przedsiębiorstwa. Przedmiotów długo nie można było odnaleźć, w związku z czym jeden z radnych zawiadomił prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przywłaszczenia publicznej własności.
Podejrzenie padło na Krzysztofa Putrę, ówczesnego prezesa "Lecha". W trakcie dochodzenia okazało się, że laptop został zniszczony (przedstawiono stosowny protokół), zaś aparat fotograficzny odnalazł się w mieszkaniu innego radnego, Rafała Rudnickiego, który pokornie zwrócił na łono "Lecha" zagubiony sprzęt. Sprawa została przez białostocką prokuraturę umorzona i na tym cała historia mogłaby się zakończyć.
Oczywiście na młodego radnego Rudnickiego posypały się gromy, choć nietrudno się zorientować, że - jeśli rzeczywiście ktoś mógł w tej sprawie zawinić - to był tą osobą Putra. "Użytkowanie" firmowego sprzętu przez prezesów, dyrektorów i innego rodzaju kadrę urzędniczą w celu fotografowania i filmowania rodzinnych biesiad jest w Polsce praktyką powszechną i podejrzewam, że tej pokusie nie oparł się też Krzysztof Putra. Kiedy sprawa nabrała rozgłosu, posłużył się Rudnickim, który odegrał w całej historii klasyczną rolę "jelenia", przyjmując na siebie ciosy wymierzone w ważniejszego kolegę z partii. A że zbliżały się wybory, w których Putra startował, a Rudnicki nie, odnalezienie się aparatu w mieszkaniu Rudnickiego da się całkowicie racjonalnie uzasadnić.
Tak więc historia mogłaby się na tym zakończyć. Mogła, gdyby nie podejrzliwość obecnego prezesa spółki Janusza Szymczukiewicza, który wysłał odnaleziony aparat do ekspertyzy. Okazało się, że zwrócony przez Rudnickiego sprzęt nie jest tym, który zginął ze spółki Lech. Różniły się nie tylko numery seryjne, ale również rodzaj karty pamięci. Prokuratura w reakcji na otrzymaną od Szymczukiewicza ekspertyzę ponownie wszczęła postępowanie.
Morał tej historii nie dotyczy winy lub jej braku któregokolwiek z bohaterów całego zamieszania. Przyzwyczailiśmy się już do drobnych grzeszków, które na codzień popełniamy my, nasi szefowie, prezesi spółek, posłowie i ministrowie. Wynosimy z biur długopisy, używamy służbowych komputerów, kserokopiarek, telefonów i faksów do celów prywatnych. Ot, zwykłe słabości społeczeństwa wychowanego w PRL-u.
Interesujące natomiast jest, jak trudno przychodzi nam publiczne przyznanie się do grzechu, jeśli w sposób oczywisty wychodzi ono na jaw. Krzysztof Putra zasłonił się młodszym kolegą, co samo w sobie nie było ani zbyt męskie, ani honorowe. Z ogromnym zainteresowaniem obserwowałem, jak zareaguje radny Rudnicki na wieść o tym, że oddał nie ten aparat, co trzeba. Było to o tyle łatwe, że jest on autorem poczytnego bloga politycznego, który pełni na Podlasiu rolę podobną, co blog Ryszarda Czarneckiego w skali kraju. Muszę przyznać, że pocieszne było omijanie przez młodego polityka tematu tego nieszczęsnego aparatu, kiedy cała regionalna prasa o tym bębniła.
Kiedy już było jasne, że nieszczęsny Rudnicki oddał nie ten sprzęt, który zginął, zamiast z resztką godności przyznać się do wmanewrowania w całą sytuację, radny odwołuje się do quasi-romantycznych analogii, pisząc:
Trudno się nie odnieść do tego, co znajduje się dziś w mediach. Generalnie byłem na to przygotowany, bo jak się jest na wojnie, i to na pierwszej linii ognia, "zabijając" gnidy, to się obrywa. No i oberwałem, straciłem rękę, ale walczę dalej:). Szkoda tylko, że niektórzy nie mają cywilnej odwagi, by odpowiedzieć na sms-a.
To niesamowite, ile w tym człowieku hardości ducha i wiary we własną szlachetność. I jednocześnie, jaka ogromna wiara w zwycięstwo! Po druzgocącym ataku, będąc przypartym do muru, ma Rudnicki siłę i zdecydowanie, aby trzeźwo ocenić swój stan, wyzwać "gnidy" na pojedynek i zaatakować. Powodzenia w iskaniu gnid, Panie Rudnicki!



Komentarze
Pokaż komentarze (17)