Radek Oryszczyszyn Radek Oryszczyszyn
138
BLOG

Nie będzie gabinetu cieni

Radek Oryszczyszyn Radek Oryszczyszyn Polityka Obserwuj notkę 15

Szef klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości oznajmił niedawno, że - wbrew wcześniejszym zapowiedziom - największa partia opozycyjna nie sformuje gabinetu cieni. Powołując się na wcześniejsze, nieudane próby podjęcia takiej inicjatywy choćby przez Jana Rokitę, Prawo i Sprawiedliwość nie chce powtarzać błędu "ciemniaków" z PO. Bardzo żałuję tej decyzji, bo uważam, że gabinet cieni to jedna z najlepszych, niesformalizowanych instytucji nowoczesnych demokracji.

Podstawowym problemem, który torpedował poprzednie pomysły utworzenia Shadow Cabinet kolejnych rządów, był brak zdecydowania i traktowanie tej inicjatywy wyłącznie w celach propagandowych. Tymczasem funkcje i cele gabinetu cieni są znacznie szersze.

Zespoły "rządów oczekujących" można odnaleźć zarówno w systemach wielopartyjnych (na przykład Japonii), jak i tam, gdzie ordynacja większościowa spolaryzowała system partyjny (Wielka Brytania). Niewątpliwie gabinety cieni sprzyjają dualizowaniu się sceny politycznej, jednak obok tej wady mamy w związku z nimi szereg wymiernych korzyści. W Wielkiej Brytanii ich rolę doceniono do tego stopnia, że członkowie takiego gabinetu otrzymują pensję z budżetu państwa. Ich rola, spełniana zazwyczaj sumiennie, polega na podążaniu "krok w krok" za urzędującymi ministrami i komentowaniu ich poszczególnych działań. Oczywiście każdy projekt ustawy dotyczący konkretnego "cienia" jest surowo oceniany, a bardzo często jest wręcz tak, że wraz z oficjalnym projektem upubliczniany jest projekt alternatywny, "opozycyjny". Konferencja prasowa urzędującego ministra jest impulsem do tego, aby natychmiast, w przeciągu kilku godzin, "shadow minister" zwołał własną konferencję komentującą decyzje rządu.

Dzięki temu, opinia publiczna otrzymuje pełen obraz sytuacji: decyzje rządu, jak i alternatywne rozwiązanie proponowane przez opozycję. Dzięki gabinetowi cieni krytyka jest zazwyczaj konstruktywna, bo decyzje dotyczące służby zdrowia komentuje i krytykuje osoba, która "nominowana" jest na ministra zdrowia przez opozycję. Nie ma problemu z "gadającymi głowami", które są gotowe skrytykować wszystko: od budownictwa po rybołówstwo, aby tylko "dowalić" rządowi.

Dlatego martwi mnie, że nie doczekamy się tym razem gabinetu cieni Prawa i Sprawiedliwości. Szkoda, że nie zrealizowano tego pomysłu choćby częściowo, desygnując do tej roli Zbigniewa Ziobro, Zytę Gilowską i choćby Zbigniewa Religę. Myślę, że Jarosław Kaczyński, widząc medialną słabość nowych ministrów, doszedł do wniosku, że bez trudu przyćmi ich krytyką nie wybranych kilkunastu działaczy PiS, ale większą "ławą" poselską. Stąd widoczne postawienie przez PiS na nowe twarze, niekoniecznie kojarzone z określonym wycinkiem życia publicznego. Mam tu choćby na myśli Mariusza Kamińskiego: typowy "pistolet" polemiczny i ciętym językiem i celną ripostą.

Pozostaje pytanie, dlaczego postawił Tusk na, być może - miejmy nadzieję, solidnych fachowców, ale bez "parcia na szkło". Symptomatyczne, że jedyną silną osobowością medialną jest Radek Sikorski z MSZ. To oczywiście czyste spekulacje, ale jeśli miałbym dać odpowiedź na to pytanie, to odwołałbym się do roku 2010, kiedy w Polsce odbędą się wybory prezydenckie. Nie wierzę, że Donald Tusk przestał wierzyć w szanse zostania prezydentem. Jest jedyną charyzmatyczną postacią w rządzie, poza Sikorskim, który również ma podobne aspiracje. Jednak umiejętne rozgrywanie przez Tuska konfliktu na linii MSZ-pałac prezydencki, może zwiększyć szanse premiera w wyścigu o prezydenturę.

 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (15)

Inne tematy w dziale Polityka