W Białymstoku za kilka dni nastąpi otwarcie kolejnej wielkiej galerii handlowej. Będą zaproszeni celebryci (bardzo udany neologizm Wiesława Godzica, autora książki o owych), tłumy ciekawskich, hostessy, atrakcje, niespodzianki i promocje. W tych ostatnich "specjalizuje się" jedna z wielkich firm handlujących sprzętem elektronicznym, zachwalająca swoje niskie ceny hasłem "Powinni tego zabronić".
Ceny niektórych produktów będących w asortymencie tej sieci są w dniu otwarcia na tyle atrakcyjne, że chętnych do zakupu telewizora za sto złotych czy wieży hi-fi za pięćdziesiąt jest tak wielu, że w godzinie otwarcia sklepów tej sieci odbywają się przed nimi dantejskie sceny. Tysiące ludzi spragnionych nieprzyzwoitej promocji koczuje godzinami, aby w godzinie "0" ruszyć do bezwzględnej walki, w której liczą się szybkie nogi i silne, precyzyjne w zadawaniu ciosów łokcie. Niektórzy zwiększają swoje szanse zdobywając sobie tylko znanymi sposobami rozkład pomieszczeń nieudostępnionego jeszcze sklepu tak, aby opracowawszy najlepszą drogę do docelowego stoiska uprzedzić konkurencję i zdobyć obrzydliwie tani telewizor.
Podczas wczorajszej, andrzejkowej, rozmowy w gronie znajomych, podzieliłem się zebranymi snem, który przyśnił mi się poprzedniego wieczoru. Galeria, w której mieści się sieć, o której mowa, budowana jest w największym pośpiechu, na trzy zmiany. Przyśniło mi się mianowicie, że w dniu otwarcia galerii, na rozentuzjazmowane tłumy podniecone adrenaliną, spadną stropy niedbale, bo w pośpiechu, budowanych pięter. Że potężna katastrofa zabije setki ludzi, niedoszłych konsumentów produktów, których ceny są tak niskie, że "powinno się tego zabronić".
Ta oniryczna wizja spotkała się z reakcją, której - będąc szczerym - nie spodziewałem się. Nie ukrywam, że widok tłumów podążających ślepym pędem za prawdopodobnie w niczym im niepotrzebne telewizory za stówę wzbudza moją niechęć. Ma ona jednak wyłącznie wymiar estetyczny. Widok to obrzydliwy - jestem ostatnim, kto by w takim przedstawieniu uczestniczył. Ale nigdy nie pomyślałbym, że "powinno się tego zabronić".
Jeden z uczestników dyskusji zauważył, że potępienie tego zjawiska powinno dotyczyć nie tylko jego warstwy estetycznej, ale również etycznej. Odwołując się do koncepcji zła radykalnego Immanuela Kanta stwierdził, że pomysłodawcy i realizatorzy takich przedsięwzięć hodują w sobie jakiś absolutny instynkt nie mający nic wspólnego z człowieczeństwem. Że prowokując takie zachowania nie tylko zło czynią, ale również skłaniają do zła innych, co jest już szczytem moralnego bezprawia. W związku z tym znajomy mój postuluje, ażeby takich praktyk prawnie zakazać.
Tutaj postawiłem weto, definiując nasz spór jako konflikt o to, czy w podobnych sytuacjach priorytetem powinno być tak lub inaczej - choć zawsze z konieczności arbitralne - dobro i zło, czy też o wiele bardziej precyzyjnie definiowana wolność. Mój rozmówca jest zwolennikiem poglądu, że większość z nas ma wewnętrzne i immanentne poczucie dobra i zła i że według tego imperatywu kształtuje swoje decyzje i czyny. Czy w związku z tym menedżer organizujący wyścigi za przecenionym telewizorem nie ma poczucia dobra i zła? Najprawdopodobniej nie, odpowiada mój znajomy. Czy również horda niedoszłych konsumentów tego imperatywu nie posiada? Kto w takim razie należy do kasty posiadającej kręgosłup moralny, a kto jest w "kaście wykluczonych"?
Wielu interpretatorów Kanta zwraca uwagę na to, że jego subiektywizm moralny prowadzić może to myślenia totalitarnego. Są też tacy, którzy dostrzegają w nim ojca duchowego XX-wiecznych totalitaryzmów. W każdym razie, myślenie w kategoriach eksluzywistycznego pojmowania dobra jest filozoficznie ułomne i prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji. Wszak przypisanie dostępu do wiedzy o tym, co dobre, a co nie, wymusza niejako prewencyjne ograniczanie ludzkich zachowań w imię "wyższej" idei znanej tylko niektórym. Dlatego mój znajomy chętnie zakazałby atrakcyjnych promocji, za pomocą znanych sobie imperatywów przewidując, że doprowadzą one do ludzkiej krzywdy.
Założenie prymatu wolności, co w naszej dyskusji postulowałem, co prawda nie uchroni przed podeptaniem niektórych uczestników wyścigu, nie zmniejszy siniaków pod żebrami innych i innych urazów, ale ocali to, co w tym wyścigu najważniejsze - możliwość decydowania każdego z nas o udziale w przedsięwzięciach mniej lub bardziej "ładnych" czy "bezpiecznych". Niech każdy mam możliwość samodzielnego decydowania o tym, czy chce uczestniczyć w obrzydliwych wyścigach za przecenionymi telewizorami, ale - na Boga - "nie powinno się tego zabronić!"



Komentarze
Pokaż komentarze (3)