Zapowiedzi mediów dotyczące zbliżającego się kongresu PiS brzmią niepokojąco. Jedynym punktem obrad będzie głosowanie nad wotum zaufania dla obecnego prezesa tej partii. Poza tym nie przewidziano żadnych dyskusji. Pomijając już dosyć oczywiste skojarzenia ze sposobem podejmowania decyzji na różnych szczeblach Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, prezes Kaczyński najwidoczniej przyjął najbardziej ryzykowną z możliwych strategię utrzymania PiS w ryzach. Obawiam się, że może się to dla niego i dla partii skończyć źle.
Rządzące ugrupowanie, które doznaje wyborczej porażki i musi oddać władzę, ma - paradoksalnie - więcej do przemyślenia niż ci, którzy wybory wygrywają. Odpowiedzialność za porażkę spływa na lidera przegranego ugrupowania, bo - cokolwiek by mówić o nagonkach medialnych, łańcuszkach sms-owych i agresywnej opozycji - to Jarosław Kaczyński powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za porażkę. Powinien się z tej porażki wytłumaczyć, znaleźć i przedstawić jej przyczyny oraz swoją wizję PiS jako opozycji na następne cztery lata. Następnie ta propozycja powinna być poddana wewnątrzpartyjnej dyskusji.
Nie sądzę, aby Kaczyński wyszedł z takiej - niestety hipotetycznej debaty - przegrany. Wręcz przeciwnie - w tej chwili nie ma w PiS konkrenta, który mógłby mu zagrozić w rządzeniu partią. Tym bardziej, że "prezesowanie" Jarosława umożliwia dalsze wykorzystywanie prezydenta jako narzędzia wspomagającego opozycyjną działalność PiS. Nie wiadomo, czy głowa państwa miałaby tak wielką ochotę do angażowania się w bieżące spory, gdyby PiS-em rządził ktoś inny.
Dziwię się decyzji Kaczyńskiego również dlatego, że budując partię wodzowską, nieelastyczną i "nieomylną", daje PiS swoim oponentom z Platformy piękne tło do budowania wizerunku ekipy umiarkowanej, dialogicznej, skłonnej do kompromisów. Jeśli rządem nie będą wstrząsały wielkie katastrofy, Polacy nie przeniosą swojego poparcia z uśmiechniętego Tuska na zgorzkniałego i węszącego wszędzie spiski Kaczyńskiego.
Nie rozumiem dlaczego Kaczyński powtarza to, co przed kilkoma tygodniami robił Lepper. Ten ostatni nie miał wyjścia i, łapiąc się ostatniej brzytwy, podtrzymywał - fikcyjny w ostatnim okresie - wodzowski charakter Samoobrony. Gdyby Lepper dopuścił do wewnątrzpartyjnej dyskusji, jego partia już dawno przestałaby istnieć. Sytuacja Kaczyńskiego jest jednak inna: PiS jest silną partią opozycyjną z mocą pozycją lidera. I właśnie takie decyzje, o których pisze "Wprost" mogą mocno Kaczyńskiego osłabić, przesuwając tylko w czasie nadchodzący rozłam i kryzys.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)