Dzisiejszy lokalny dodatek do Gazety Wyborczy jest wyjątkowy. Znalazły się w nim aż cztery ważne artykuły dotyczące kapitału społecznego Białegostoku. Cenię sobie bardzo tę formę lokalnego dziennikarstwa, która zajmuje się dziurą w jezdni, zagubionym kotkiem czy zbyt głośnym sąsiedztwem, jednak od czasu potrzeba również syntetyzujących tekstów dotyczących spraw fundamentalnych. Aż cztery takie artykuły znalazłem dzisiaj w Wyborczej.
W pierwszym, zamieszczonym na pierwszej stronie, Monika Kosz-Koszewska zastanawia się, dlaczego w ogólnopolskiej kampanii społecznej "Jestem Polką/Jestem Polakiem", polegającej na propagowaniu "podwójnej tożsamości" mniejszości narodowych, zabrakło Białorusinów. Akcja polega między innymi na uświadomieniu, że można, będąc przedstawicielem mniejszości narodowej w Polsce, czuć się jednocześnie Polakiem. Celem kampanii jest przełamywanie stereotypów i nieufności. Szef Białoruskiego Zrzeszenia Studentów z siedzibą w Białymstoku, Radosław Dąbrowski, odrzucił propozycję włączenia się do akcji, uznając, że "czuje się bardziej Białorusinem niż Polakiem". Dąbrowski, wraz z kolegami ze stowarzyszenia uznali dodatkowo, że nie są dostatecznie "medialni", aby uczestniczyć w akcji.
Wypowiedź Dąbrowskiego pokazuje, jak wielka jest nieufność, brak wiary we własne możliwości i marazm w środowisku białostockich Białorusinów. I nie chodzi tu o brak zrozumienia idei akcji przez Dąbrowskiego. Bo przecież - wbrew temu, co w komentarzu do artykułu twierdzi Jan Kwasowski - w akcji nie chodzi o narzucanie na siłę Białorusinom, że są Polakami. Chodzi o coś wręcz przeciwnego - o to, by Białorusini mieli odwagę powiedzieć, że ten kraj to również ich ojczyzna i że również są tu „u siebie”. Domyślam się, że Kwasowski chce usprawiedliwić bezradność i niechęć do działania mniejszości białoruskiej w Białymstoku, jednak zarzucając akcji brutalne asymilowanie mniejszości narodowych, pogłębia ich izolację, działając na rzecz nacjonalizmów i wzajemnych antypatii.
Drugi ważny artykuł w dzisiejszej Wyborczej napisała Emilia Romaniuk. Porusza w nim problem braku współpracy między największymi publicznymi uczelniami wyższymi w mieście. Powszechnie wiadomo, iż sytuacja, w której na terenie tak niewielkiego miasta, jakim jest Białystok, istnieją aż trzy państwowe szkoły wyższe, jest niezdrowa i jedynym racjonalnym rozwiązaniem jest połączenie ich w jeden silny uniwersytet. Co ciekawe, zgadzają się co do tego wszyscy zainteresowani. Na przeszkodzie w realizacji tego celu leżą osobiste ambicje zarządzających tymi instytucjami, uniemożliwiające poświęcenie indywidualnych ambicji dla dobra miasta. Sytuacja jest patologiczna do tego stopnia, że poszczególne uczelnie: Politechnika, Uniwersytet i Akademia Medyczna, nie są w stanie porozumieć się nawet co do wspólnego zbudowania bazy sportowo-rekreacyjnej, akademika czy też kompleksu z salami wykładowymi. Zgadzam się w pełni z Emilią Romaniuk, że indywidualne interesy biorą tu górę nad dobrem miasta.
Na stronie szóstej, znowu ciekawa relacja Moniki Kosz-Koszewskiej z debaty o wizerunku Białegostoku, prowadzonej przez Grupę Eskadra - agencję PR wynajętą przez magistrat do opracowania kampanii wizerunkowej miasta. Burzliwa dyskusji, w której udział wzięły różne osoby zainteresowane i zajmujące się wizerunkiem Białegostoku, pokazała, że jest bardzo dużo ciekawych sposobów promowania miasta i regionu. Trudno jednak uwierzyć w społeczną akceptację pomysłu "Białystok - miasto przy Tykocinie", czy też wykorzystanie do promocji Białegostoku alternatywnych teatrów ulicznych lub też muzyki bluesowej. Szczególnie symptomatyczna była wypowiedź radnego miejskiego Rafała Rudnickiego, który nowatorskie pomysły Grupy Eskadra uznał za dowód na to, że Białystok nie posiada w zasadzie niczego, co mogłoby być kluczowym elementem akcji promującej pozytywny wizerunek tego miejsca.
Ostatni ciekawy artykuł to "Miasto jest dla ludzi: pomysł na śródmieście". W tekście tym, napisanym przez Andrzeja Kłopotowskiego, autor rysuje kierunki rozwoju centrum Białegostoku, zastanawiając się nad ewentualnymi szansami i przeszkodami ich realizacji. Kłopotowski z dużym entuzjazmem opisuje plany ożywienia centrum miasta, poprzez między innymi nadanie mu rozrywkowo-gastronomicznego charakteru. I tutaj jednak budzą się białostockie "upiory", z których Kłopotowski zdaje sobie sprawę pisząc: Taki plan może budzić emocje, bo ludzie są przyzwyczajeni do spokoju w centrum (sic!).
Wszystkie wymienione przeze mnie teksty traktują o białostockich upiorach. Pierwszym z nich jest upiór marazmu i strachu przed działaniem. Upiór lęku przed zmianą status quo wynikający z braku poczucia własnej wartości, dumy z tego, że jest się Białorusinem. Dotyczy to zresztą nie tylko mniejszości narodowych, ale większości mieszkańców tego miasta. Drugim białostockim upiorem jest upiór sarmackiego indywidualizmu i fałszywie pojmowanej dumy. Dumy, która nie pozwala przyznać, że prawdziwą wartością tego regionu nie jest sam Białystok, ale kontekst kulturowy, etniczny i przyrodniczy, w jakim zanurzone jest to miejsce. Upiór indywidualizmu, nie pozwalający powstrzymać się przed powiedzeniem "nie", wynikający z czystej chęci zanegowania tego co nowe, odważne, innowacyjne. Trzeci wreszcie białostocki upiór straszy hałasem mieszkańców centrum 300-tysięcznego miasta. A przecież kilkusettysięczne miasto, w którym nie ma tętniącego życiem, hałaśliwego i uciążliwego centrum, nie jest prawdziwym wielkim miastem. Hałas jest naturalnym elementem środowiska mieszkańca miejskiego centrum. Dopóki mieszkańcy Białegostoku nie zdecydują się, czy chcą żyć w zapadłej prowincjonalnej mieścinie, czy w nowoczesnej metropolii, czarna „czapa” będzie wisiała nad miastem, nie dając spokoju tym, którzy chcieliby zrobić tu coś pożytecznego.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)