"To wielka radość. Wierzę, że mamy światu do powiedzenia coś ważnego" - tak reżyser Andrzej Wajda skomentował nominację jego najnowszej produkcji do Nagrody Oskara w kategorii filmu nieanglojęzycznego.
Uważam, że Katyń nie powinien znaleźć się w gronie filmów nominowanych do tej nagrody. Komentator Rzeczpospolitej Piotr Semka nie kryje radości, jednocześnie nie pozostawiając Polakom złudzeń: "Katyń" nie ma szans na Oskara, a nominacja ta to bardziej wyraz kurtuazji Akademii Filmowej i dowód środowiskowego charakteru całego "oskarowego" środowiska.
Mam wrażenie, że ci, którzy teraz z wielkim entuzjazmem zareagowali na sukces Wajdy, nie do końca uważne obejrzeli tę produkcję. Mam szczególnie na myśli prawą część naszej sceny politycznej, która dając się zwieść propagandowej otoczce towarzyszącej premierze filmu nie zwróciła uwagi, jakie jest prawdziwe przesłanie "Katynia".
Film ten jest kolejną obok choćby "Strachu" Tomasza Grossa, próbą "grania" na polskiej historii. Z pozoru heroiczne losy rodzin bohaterów zamordowanych w Charkowie, Katyniu czy Miednoje, służą Wajdzie, w gruncie rzeczy, do usprawiedliwienia konformizmu w imię spokojnego życia. Alternatywa, przed którą postawieni są bohaterowie "Katynia" jest prosta: albo wyrzeczenie się własnej historii, albo nękanie przez Sowietów do końca życia, a w najgorszym przypadku śmierć. Trudno się dziwić tym, którzy w imię spokojnego życia wybierają odsunięcie tragicznych losów swoich bliskich w obszary niepamięci, rodzinnego tabu.
W losach bohaterów "Katynia" odnajdujemy oczywiście echa biografii samego Wajdy, który po to, aby dostać się do szkoły filmowej, ukrywa niepoprawną politycznie przeszłość swojej rodziny.
Film Andrzeja Wajdy to kolejna próba wykorzystywania polskiej historii do uprawiania partykularnej polityki, promowania globalnej political correctness. Radość w Polsce związana z tą nominacją pokazuje, jak mało dojrzali jesteśmy w myśleniu o naszej historii i jak słabo ją rozumiemy.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)